Chińskie życzenia

Hamilton i Mercedes potwierdzają swoją dominację.

Tegoroczny sezon Formuły 1 rozwija się w sposób raczej nie do przewidzenia dla obserwatorów, a mam wrażenie, że także dla samych zespołów. No może poza formą tandemu Mercedes / Hamilton, która to para z wyścigu na wyścig udowadnia, że są w tym roku odniesieniem dla wszystkich innych i bolidem do dogonienia, a raczej tym, którego dogonić się nie da. Tymczasem za plecami obecnego lidera klasyfikacji generalnej zdaje się rozgrywać zupełnie nieprzewidywalna gra w karty, która przy każdym tasowaniu sprzyja innej osobie. Na nieszczęście Sebastiana Vettela, w tym roku dobre rozdania zdają się go omijać szerokim łukiem.

GP Chin miało być i było, potwierdzeniem formy Mercedesa. Srebrne strzały zawsze świetnie prezentowały się na tym i podobnych mu torach, więc należało oczekiwać dobrych wyników. Już kwalifikacje potwierdziły układ stawki, ale start zmienił wiele, choćby dla Nico Rosberga, któremu start zabrał właśnie możliwość bezpośredniej walki z Hamiltonem, po spadku na siódme miejsce. Jakby tego było mało w bolidzie Rosberga nie działa transmisja danych z telemetrii do zespołu, przez co musiał on je dyktować przez radio odczytując z kierownicy, co w warunkach wyścigowych raczej nie jest wymarzonym zajęciem kierowcy…

Niemniej Nico zrobił co mógł i ukończył wyścig na drugiej pozycji potwierdzając dominację Mercedesa, równą niemal dominacji Citroena w WTCC, gdzie dziś znów Panowie pokazali, że nie ważne skąd startują, mają takie samochody, zawsze mogą wygrać. To jednak już temat na inny wpis. Wracając do Formuły 1 – Ferrari było dziś świadkiem cudu za sprawą Alonso. Kolejnego. Po tak tragicznym występie w Bahrajnie, nikt nie spodziewał się raczej walki o czołowe lokaty, tymczasem Hiszpan, po cudownym uniknięciu uszkodzenia samochodu na starcie, po kolizji z Massą (któremu o dziwo też nic się nie zepsuło, a bolid został podbity na dobry metr po uderzeniu w Ferrari) jechał swój wyścig, jakoby zaprzeczając tezie, że Ferrari jest największym rozczarowaniem tego roku. Zmiana szefa zespołu nie mogła mieć żadnego wpływu, więc naprawdę większość zasług trzeba chyba przypisać kierowcy. Na uwagę zasługuje też fakt, iż w końcówce kiedy Ricciardo się zbliżał, Alonso potrafił jeszcze przyspieszyć pokazując, że miał dalej pewien zapas tempa, co także było niemałym zaskoczeniem. Występ Raikkonena był po prostu nijaki, bez błysku, którego wszyscy byśmy spodziewali się po tym kierowcy. To chyba jedyne co da się na ten temat powiedzieć.

Alonso znów dokonuje niemożliwego i znów to za mało.

Właśnie – Red Bull. Nie myślałem, że zobaczę czasy, w których Vettel będzie w każdym kolejnym wyścigu proszony o ustąpienie swojemu szybszemu, mniej doświadczonemu, koledze z zespołu. Ricciardo jednak po raz kolejny dysponował nie tylko lepszym tempem przez cały wyścig, ale jechał bardziej płynnie, lepiej zarządzał oponami, a nawet lepiej przygotowywał manewry wyprzedzania. Nie chcę tu rozpoczynać kolejnej dyskusji o wielkości lub małości tego zawodnika, jednak co dzieje się na torze, każdy widzi. W obronie Vettela można powiedzieć ciekawą rzecz, z której niewielu zdaje sobie sprawę. Otóż Sebastian jest przyzwyczajony do samochodów z wyraźnie większym dociskiem, podczas gdy Daniel jeszcze nie tak dawno jeździł pojazdami charakteryzującymi się mniej skuteczną aerodynamiką. W tym roku, po dalszym zacieśnieniu ograniczeń umożliwiających używanie gazów wydechowych do poprawienia pracy dyfuzora i ogólnym, dalszym ograniczeniu skuteczności aerodynamiki, pojazdy charakterystyką bliższe są Ricciardo. Vettelowi zajmie pewnie nieco czasu przestawienie się w tryb „mniejszego docisku”. Pytanie jednak czy wtedy będzie w stanie dogonić swojego kolegę? Tym niemniej Red Bull nie odpadł z rywalizacji o najwyższe trofea, nawet mimo początkowych ogromnych problemów, za co należą się zespołowi wielkie brawa. Ciekawe czy będą w stanie dalej zbliżać się do Mercedesa, czy jedynie starać się uciec reszcie stawki.

Vettel znów w cieniu zespołowego kolegi. Czy potrafi to znieść?

Willams z jednej strony pozytywnie zaskoczył, z drugiej rozczarował. MIAŻDŻĄCY start obu kierowców tego zespołu, tak zaskakujący dla reszty uczestników i tak gwałtowny, że przez swoje dynamiczne przemieszczanie do przodu stawki obaj kierowcy mieli na dobiegu do pierwszego zakrętu kolizje i obaj cudem uniknęli uszkodzenia bolidu i większych strat w ogóle. Mówiło się jednak o tym, że późniejsza strata Massy w pitstopie była wynikiem uszkodzenia po kolizji z Alonso, więc nie do końca jest prawdą, że strat udało się uniknąć. Tym niemniej poradzono sobie także z prowadzeniem bolidu przy śliskich warunkach na torze, z czym Williams miał ogromne problemy. Dlatego mogliśmy się spodziewać dobrego wyniku, który jednak nie nadszedł. Czemu? Trudno powiedzieć. Znów gdzieś w wyścigu gubią się kierowcy, zespół, gubi się wreszcie dobre tempo, co może być problemem z samą konstrukcją, podobnym jaki miał Mercedes rok temu. Potencjał na pewno jest, teraz trzeba go tylko wydobyć. Za wzór powinno służyć tu Force India, które w wyścigu pokazało, że choć bez fajerwerków, to potrafi wyjeździć swój wynik i wbić się do punktowanej dziesiątki w najprostszy możliwy sposób – unikając problemów. Podobnie rzecz ma się z STR i w szczególności Daniilem Kvyatem, którego od początku nie byłem fanem, a pozytywnie zaskakuje mnie przy każdym wyścigu, najnormalniej w świecie jadąc swoje.

Lotus ma tempo na punkty, jednak potrzeba niezawodności.

Sporym rozczarowaniem i niejako lustrzanym odbiciem tego co stało się z Ferrari, jest forma McLarena. Z dobrych wyników, zostały jedynie wspomnienia, a teraz przyszło niechlubne miano najwolniejszego zespołu z silnikami Mercedesa. Znów żaden z kierowców nie zapunktował, jakkolwiek uniknięto problemów technicznych, to tempo było słabe, za słabe by liczyć się w jakiejkolwiek walce. Podobnie rozczarował Lotus, któremu światełko nadziei w tunelu dał Grosjean dokonując cudu i kwalifikując się do Q3, a potem jadąc całkiem niezłym tempem w wyścigu. Światełko szybko zgasło po awarii skrzyni biegów. Brak dostatecznej ilości testowania i budżetu, czy też dobrego nim dysponowania, widać bardzo wyraźnie. Jeśli tak dalej pójdzie to Lotus zakończy etap testowania w… połowie sezonu. Czego im oczywiście nie życzę. Przykry jest także widok Saubera, który z wyścigu na wyścig zdaje się staczać coraz bardziej do „drugiej ligi”.

A propos drugiej ligi. Ten sezon jest bardziej zaskakujący niż sądziłem. Nie sądziłem bowiem, że zobaczę w nim Kobayashiego w Caterhamie wyprzedzającego…. Vettela w Red Bullu. Choćby dla takich „niespodziewajek” warto śledzić i czekać na kolejne nieprzewidywalne (no poza Hamiltonem) rozstrzygnięcia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *