Ekranizacja

Ekrany to już prawdziwa plaga w stolicy.

Przyznam szczerze, że nie jestem wrogiem ekologów. Mieszkając na przedmieściach naszej stolicy, codziennie z rozpaczą patrzę i załamuję ręce, jak można tak niszczyć środowisko. Bowiem wraz z napływającymi masami ludzi, także wyprowadzającymi się na przedmieścia, napływają też masy śmieci obrazujące głupotę tychże ludzi i ich brak szacunku dla środowiska. Chamstwo sięga poziomu niewyobrażalnego, kiedy na osiedlu domków jednorodzinnych, zapewne po milion każdy, widzimy na granicy z lasem wyrzucone śmieci, bo na pewno nikogo nie stać na ich wywóz, ani o zadbanie w inny sposób by się tam nie znalazły. Serce się kraja, kiedy widzi się te zielone lasy z roku na rok przykryte coraz większą warstwą śmieci, a widać to jak na dłoni. Wierzcie mi. Tyle o ekologii, którą rozumiem jako naukę chroniącą środowisko i w znacznej większości popieram. Teraz o aktywistach, których nienawidzę i wszystkich zesłałbym na 10-letnie prace społeczne do sadzenia nowych drzewek w lasach i parkach. Jak każdy wie, aktywiści nie robią nic. Oni krzyczą na ulicach puste hasła oraz rozdają durne ulotki, które zużywają papier i zaśmiecają ulice (a propos ekologii…). W dodatku mieszają się z politykami, a do tego wszystkiego dodają biznes i kasę. Co wtedy powstaje? Ano cuda jak choćby te w Warszawie, czyli ekrany.

Przyznam szczerze, że nie wiem jak wygląda sprawa w innych dużych miastach w Polsce, więc skupię się na stolicy jako przykładzie skrajnego kretynizmu. Otóż mniej więcej od 2007 roku, czyli zakończenia budowy pierwszego etapu Trasy Siekierkowskiej, łączącej przeprawą południowe dzielnice miasta, biznes produkcji ekranów stał się chyba bardziej dochodowy niż wydobycie ropy naftowej. Wtedy bowiem zaczęła się mania stawiania ich byle gdzie, byle jak, byle więcej. Wszystko przez osoby bardzo “aktywnie” krzyczące, że te ble i fuj samochody trzeba odgrodzić, hałas zmniejszyć, a ludzi i środowisko ochronić. Do tego, zapewne w urzędach, podpięły się kolejne osoby wietrzące niezły biznes no i się zaczęło.

Nowy Węzeł Marsa. Ekran na ekranie ekranem pogania.

Każdy zjazd, każdy ślimak, każdy wiadukt, każda większa droga w mieście zaczęła być odgradzana ścianą z ekranów. Mało tego na przestrzeni lat widzę, że tendencja jest taka by te ściany budować coraz wyższe. Pierwsze jakie pamiętam sięgały trzech, czterech, może pięciu metrów. Teraz sześć to żadna nowość, a niektóre wyglądają i na siedem, a są i takie na dziesięć (!!!).
Jedną z rzeczy, która bawi mnie w tych ekranach, ale to raczej śmiech przez łzy, są te przeźroczyste, z naklejonymi czarnymi ptaszkami na nich. Znacie historię tych naklejek? Otóż stawiano sobie spokojnie te ekrany z pleksy, czy innego poliwęglanu i nikomu to nie przeszkadzało. Nagle jednak podniósł się AKTYWNY krzyk, że te przeźroczyste ściany zabijają ptaki, które ich nie widzą, przez co na nie wpadają. W związku z tym na ekranach nakazano umieszczać czarne naklejki w kształcie… ptaka. Uwaga, teraz więc mam pakiet pytań do wszystkich osób o IQ przewyższającym IQ podgniłego banana. Pytanie pierwsze: skoro ptaki, wedle informacji znanych nauce, mają zdecydowanie lepszy wzrok od ludzi, a my widzimy te ekrany doskonale, to czemu one miałyby ich nie widzieć? Pytanie drugie: jak myślicie jak reaguje zwierze, kiedy widzi inne zwierze? Oddala się stamtąd, czy próbuje przybliżyć? Dla uproszczenia – postawcie kota przed telewizorem, gdzie leci program o oceanach i życiu podwodnym…
Myślę, że to nie wymaga komentarza.

“Urbanistyczne dzieło sztuki” na Trasie Toruńskiej.

Wracając jednak do samych ekranów. Zaczęto odgradzać nimi wszystko. Robić całe aleje, systemy, labirynty, gdzie jadąc nie widzi się kilometrami nic poza niebem i ścianami tych sztucznych tuneli. Pół biedy jednak co się widzi z drogi bo okazuje się, że to co miało pomóc, zdecydowanie bardziej przeszkadza osobom po drugiej stronie barykady. Mieszkańcy wcale nie są zadowoleni ze ściany odgradzającej ich od świata, jeszcze bardziej niezadowoleni są przedsiębiorcy, których witryny i transparenty odgrodzono w ten sam sposób. Czemu tak się stało, skoro ekrany miały zapewnić ciszę mieszkańcom, a odgradza się nawet strefy przemysłowe, czy usługowe? Cóż, zapewne znów ktoś musiał zarobić. Szczytem tegoż procederu są ekrany na warszawskiej Trasie Toruńska (zdjęcie znajdziecie we wpisie). Tam bowiem za grube biliony postawiono szklane, zamknięte tunele nad fragmentami trasy, miejscami oddzielny tunel nad drogą w każdym kierunku, a nad nimi zachodzący jeszcze ogromny drugie, na obie nitki. Poza tym umieszczono jeszcze trzeci rząd ekranów na zewnętrznym krańcu drogi. Czemu nikt jeszcze za to nie siedzi, pojąć nie jestem w stanie.
Żeby było śmiesznej mieszkańcy w różnych dzielnicach Warszawy próbują walczyć z tą plagą i sami proszą o demontaż ekranów, jednak (a jakże) wygrać nie mogą. Z resztą nie tylko stolica przekonała się o, nazwijmy to, zaletach ekranów, ale i górale przy Zakopiance, którzy najpierw domagali się ich budowy, a teraz demontażu. Zakopianka to już jednak historia na sporą, trzytomową powieść, więc ją zostawmy.

Szczerze mówiąc wolę widzieć rudery za tymi ekranami, niż same ekrany. Teraz nawet rudery odgradza się w ten sposób od drogi. Nawet wędkarze mają już własne ekrany, gdyż w ten sposób zostało ostatnio odgrodzone Jeziorko Gocławskie, przy którym głównie wędkarze się pojawiali (sztuk trzy na raz – maksymalnie). Ah ta troska o każdą jednostkę, każdego obywatela w naszym państwie jest rozczulająca, prawda?

Odgrodzone niedawno Jeziorko Gocławskie.

Czy to jest konieczne? Cóż, jakoś jadąc przez Berlin, czy Monachium takiej ilości ekranów się nie widzi. Na pewno nie widzi się ich w takich miejscach, gdzie u nas montowane są nawet na obwodnicy miasta (?!). Ekrany owszem są za granicą stawiane, np. dużo jest w ich Austrii gdzie odgradzają czyściutkie lasy od wielkich autostrad. Same ekrany jednak to też co innego, gdyż są niższe i w dodatku posadzono na nich roślinność. To jednak są trasy przelotowe przez lasy, a nie centra miast. Czy są inne wyjścia? Oczywiście, jeśli już ktoś chce dbać o hałas w mieście i nie nazywa się General Motors i nie próbuje wcisnąć całemu światu bezużytecznych pojazdów elektrycznych, to istnieją specjalne mieszanki nawierzchni z domieszkami zmniejszającymi hałas podczas tarcia tocznego opon o asfalt. Dzięki temu nie stawia się ścian uprzykrzających życie obu stronom, nie czyni się z miasta labiryntu kilkumetrowych ścian, nie zabija się lokalnych biznesów, pewnie nie ponosi się też takich kosztów jak przy budowie ekranów, która jest dodatkową inwestycją poza drogą, a o które to ekrany trzeba jeszcze stale dbać i czyścić je po dokonaniach artystycznych części społeczeństwa.

Można? Można, tylko po co miałoby być normalnie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *