Na półmetku Dakaru 2014

Tegoroczny Dakar odzyskuje miano najtrudniejszego rajdu.

Przed rozpoczęciem rajdu pisałem o tym, że organizatorzy w tym roku postawili szczególny nacisk na przywrócenie Dakarowi miana najtrudniejszego, morderczego rajdu świata, które stracił nieco po przenosinach do Ameryki. Długości i przebieg odcinków rozplanowano tak by samo ich ukończenie stało się poważnym wyzwaniem dla ludzi i sprzętu, a nie by całość była jedynie radosnym ściganiem. Już na półmetku widać, że plan się powiódł. Nie ma chyba zawodnika, który w tym roku uniknąłby jeszcze problemów technicznych, czy nawigacyjnych albo po prostu nie miał przygody na trasie. Czas sprawdzić co się działo przez miniony tydzień i jak w tym wszystkim znaleźli się nasi reprezentanci.

Podsumowanie zacząć muszę niestety od przykrej informacji. Dakar w tym roku zabrał już ze sobą swoją 27. ofiarę. Belgijski motocyklista Eric Palante został znaleziony koło 140. kilometra piątego OSu rajdu. Organizatorzy nie otrzymali żadnego sygnału alarmowego, nieznane są przyczyny tego tragicznego wydarzenia i trwa dochodzenie.

Tak właśnie. Tegoroczny Dakar od samego początku robi wrażenie pod względem trudności. Od pierwszych odcinków zawodnicy borykają się z potężnymi problemami ze sprzętem, który nie wytrzymuje, czy równie dużymi problemami nawigacyjnymi, które popełniają całe grupy zawodników gubiąc się między wydmami nie na minuty, ale na długie godziny. Najlepszym tego przykładem niech będzie piąty odcinek specjalny, gdzie zawodnicy mieli do przejechania niemal tysiąc kilometrów jednego dnia, z czego połowa była OSem, po najtrudniejszych wydmach i okrytym złą sławą piasku fesz-fesz. Podłoże to jest tak drobne i tak sypkie, że zachowuje się niemal jak woda i pojazdy po nim się poruszające zapadają się niespodziewanie i nagle, niezależnie od prędkości, czy kierunku w jakim się poruszają. W dodatku nie dość, że dostaje się toto wszędzie i żadne uszczelki nie mogą tego typu piachu zatrzymać, to pod gładką powierzchnią w którą możemy się zaraz zapaść, nieraz kryją się ogromne głazy, co nie wróży bezpiecznej podróży. Etap okazał się tak trudny, że dla quadów i motocykli odwołano jego drugą część ze względów bezpieczeństwa. Zawodnicy, widząc ich miny, raczej byli szczęśliwi, niż zawiedzeni.

Bezradny Goncalves patrzący na pożar swojego motocykla.

Z resztą pomyślcie tylko. Przez te wszystkie godziny zawodnicy podróżują w temperaturach przekraczających czterdzieści stopni, w pełnym ubiorze zabezpieczającym, co już samo w sobie jest poza pojęciem “gorąco”, czego potwierdzeniem może być spora ilość spaleń pojazdów w tym roku. Mało tego podróżują oni często na dużych wysokościach, dochodzących nawet do 4000 metrów. Nieprzystosowane organizmy w tych warunkach już słabną, podczas gdy zawodnicy muszą utrzymać się jeszcze na motocyklu pędzącym pomiędzy urwiskami ponad 100km/h i nawigować jednocześnie. To już nie jest zabawa, tu zaczyna się walka nie tylko o wyniki, ale i bezpieczne przetrwanie tej rywalizacji bo niebezpieczeństwo jest na wyciągnięcie ręki. Żeby dać jeszcze lepiej do zrozumienia jak trudny jest tegoroczny rajd, teraz nieco statystyki. W kategorii motocykli ze 174 startujących wycofało się już 89. W kategorii quadów z 40 zgłoszonych wycofało się do tej pory 23. W kategorii samochodów ze 147 zgłoszonych załóg, odpadło 71. W kategorii ciężarówek z 70 zgłoszonych nie ma już 18. Widać więc, że oprócz kategorii ciężarówek, z reszty klas odpadła już około połowa stawki, a jesteśmy dopiero na półmetku!

Cyril Despres na trasie.

Wiedząc już z czym mamy do czynienia przejdźmy do tego co się działo w stawce. Wśród motocykli na czele znajduje się Marc Coma z 42 minutami przewagi nad drugim Hiszpanem Barreda Bort’em. Trzeci, z 50 minutami straty do lidera, jest Duclos. Cyril Despres na swojej Yamasze jest dopiero 11., ale zdawał sobie sprawę na co się pisze. Tak naprawdę obecny rozkład stawki nie jest wynikiem jakiś wielkich problemów technicznych, ale średnią wzlotów i upadków formy zawodników na wszystkich tych, piekielnie trudnych etapach. Despres ma oczywiście ciut więcej problemów technicznych od Marca Comy na sprawdzonym KTMie, ale motocykl Cyrila generalnie sprawuje się dobrze, choć chyba jest po prostu ciut wolniejszy od maszyny KTMa. Rewelacją początku rajdu okazał się Sam Sunderland jadący na Hondzie, który pomimo upadków, czy nawet zderzenia z krową (!!!) prowadził w rajdzie, zawsze meldując się w czołówce i powiększając swoją przewagę nad starymi wyjadaczami. Niestety na 4 odcinku silnik jego motocykla wydał ostatnie tchnienie i zmusiło to go do wycofania się. Z pewnością jednak na tego zawodnika trzeba zwracać uwagę w kolejnych edycjach. Jak na tle tych przygód wypada Kuba Przygoński? Cóż, jak sam mówi “im gorzej tym dla niego lepiej”. Zdecydowanie najlepiej radzi sobie właśnie na tych najtrudniejszych odcinkach. Przez pewien czas był nawet liderem na najtrudniejszym, piątym odcinku. Po powolnym rozpoczęciu Kuba powoli przesuwa się do przodu, zajmując obecnie 7. miejsce z 1h 50min strady do lidera, przy czym do piątego miejsca traci już tylko 17 minut co w skali Dakaru jest tyle, co nic. Warto mieć to na uwadze, gdyż Kuba jedzie na razie bardzo uważnie i unikając większych problemów, a jednocześnie solidnym tempem. Wszystko to w ostatecznym rozrachunku może sprawić, że będzie bardzo wysoko w stawce, więc zdecydowanie jest na co czekać, i warto trzymać kciuki, za jazdę Przygońskiego.

Rafał Sonik świetnie radzi sobie ze wszelkimi problemami.

To nie koniec dobrych informacji! Czas przejść bowiem do kategorii quadów. Tutaj nasz Rafał Sonik znajduje się na drugim miejscu w klasyfikacji generalnej z dwoma zwycięstwami etapowymi na swoim koncie. O ile się nie mylę to jedyny zawodnik tej kategorii w tym roku, który jak dotychczas ma na swoim koncie dwa zwycięstwa etapowe. Rafał już nawet liderował stawce, jednak etap piąty został przerwany w bardzo niekorzystnym dla niego momencie, kiedy akurat odrabiał stratę po swoich błędach, przez co stracił 45 minut i spadł na trzecią lokatę. Teraz odrabianie tejże jak widać idzie mu doskonale i możemy spodziewać się wielkiego wyniku. Pamiętajmy jednak, że do końca daleko, z drugiej jednak strony Sonik jest specem od radzenia sobie z trudnościami. W tym roku już nieraz je pokonywał, choćby przepompowując benzynę tuż przed startem etapu metodami “tradycyjnymi”, dzięki czemu nieco się jej napił, czy kończąc etapy na kapciach, z czego też się już śmieje mówiąc, że tyle razy jeździł w Dakarze na kapciach, iż staje się to dla niego normą.
W rajdzie nie jedzie już natomiast wielki rywal i pretendent Marcos Patronelli, który otarł się o śmierć, kiedy na podjeździe na najwyższą wysokość w tegorocznym rajdzie (4300m n.p.m.) jego quad stracił moc i zaczął się staczać w przepaść, po czym spadł z ponad trzystu metrowego klifu. Marcos zeskoczył z quada w ostatnim momencie i na szczęście wyszedł z wypadku cało. Zdarzenie to można połączyć w całość z wypowiedziami Rafała Sonika, który mówił o tym, że quady Patronelliego i Casale (obecnie 3. miejsce w generalce) mają strasznie wyżyłowane silniki i odjeżdżają mu na prostych. Taki silnik, z ustawioną tak ubogą mieszanką, potrzebuje do pracy dużo powietrza, czego być może maszynie Patronelliego zabrakło na wysokości, gdzie rozrzedzone powietrze daje się we znaki tak ludziom, jak i maszonyom.
Co ciekawe cała czołówka klasyfikacji quadów ma już na swoim koncie godzinne kary czasowe. Tak naprawdę więc wszyscy mają równe szanse, a Rafał Sonik może dalej spokojnie jechać swoim tempem, unikając problemów bo tylko tak odrobi 22 minuty do liderującego Sergio Lafuente.

Sainz pokazuje ile dalej warty jest jego talent i doświadczenie.

W kategorii samochodów działo się bardzo wiele. Obecnie na czele są trzy Mini (to akurat można było przewidzieć), ale w kolejności mniej spodziewanej, czyli Roma, przed Terranovą i przed Peterhanselem, który w tym roku musi się borykać ze znacznie większą ilością problemów, niż w minionych edycjach. Za nimi De Villiers w swojej Toyocie i kolejne Mini Nassera Al-Attiyah. Szósty z kolei jest Carlos Sainz w SMG Buggy. Przyznam, że stary mistrz radzi sobie znacznie lepiej, niż się spodziewałem i jeśli tylko ma okazję przycisnąć i nieco odlecieć swoim buggy, to dokłada swoim rywalom. Stąd tak wysoka pozycja pomimo licznych problemów technicznych. Teraz jednak najlepsze bo na siódmej pozycji i tylko SEKUNDĘ za Sainzem jest nie kto inny jak załoga Dąbrowski/Czachor w Toyocie Hilux! Nikt chyba nie spodziewał się tak wyśmienitej postawy w debiucie naszych motocyklistów w kategorii samochodów. Tymczasem jadą oni równo, bez większych problemów, swoim tempem. Zdaje się, że świetnie wykorzystują dotychczasowe doświadczenie z Dakaru. Nieco większe problemy miał Hołek, który w generalce jest ósmy, tuż za swoimi kolegami. Przemysłowo łapane kapcie, pomniejsze problemy techniczne i większe nawigacyjne. Oglądałem nieco onboardów Hołka i patrząc na współpracę załogi to… mam pewne wątpliwości. Z resztą od początku je miałem. Cały sezon Krzysztof jeździł z innym pilotem, na Dakar jednak zespół nakazał mu jazdę z innym. Nie wygląda to jakby Panowie się dogadywali, czy choćby kumplowali, nie wygląda jakby siedzieli razem z własnej woli. Szkoda, ale można było się tego spodziewać, szczególnie że frustracja i zmęczenie tylko narastają podczas takiej rywalizacji. Oby wyniki przyszły na kolejnych etapach i pomogły w ułożeniu się współpracy załogi. Być może nie uwierzycie, ale w czołowej dziesiątce klasyfikacji tego Dakaru mamy jeszcze trzeciego reprezentanta i to tuż za Hołkiem, a jest to Adam Małysz z Rafałem Martonem! Adam jedzie również dobrze, po przygodach na początku rajdu, z dachowaniem włącznie, jakby wrócił do poprawnego myślenia i unika błędów. Dakar trzeba najpierw ukończyć, żeby mieć wynik i tą taktykę Małysz realizuje doskonale, a przecież ma naprawdę małe doświadczenie na tle reszty stawki. Nie gorzej spisuje się nasz podopieczny Hołka, czyli Martin Kaczmarski, który w swoim Mini zajmuje 16. miejsce, a jest przecież debiutantem. Oznacza to, że w czołowej dwudziestce mamy CZTERY nasze załogi, a w dziesiątce TRZY! Naprawdę nie spodziewałem się, że zobaczę kiedyś takie wyniki naszych reprezentantów na Dakarze. Teraz pozostaje tylko po pierwsze, ukończyć, po drugie spróbować się przesunąć. Choć wynik już teraz jest wspaniały.

Kamazy w pogoni za Iveco De Rooya.

Na koniec wieści gorsze, czyli klasyfikacja ciężarówek. Tu niestety obie nasze załogi już się wycofały. Tatra Lotto Teamu, która była naszą wielką nadzieją na, po raz pierwszy, walkę z czołówką tej kategorii, od początku rajdu borykała się z problemami z elektroniką, których przez dwa dni nie udało się usunąć. Zmusiło to załogę do wycofania się już drugiego dnia. Jak widać sprzęt przygotowywany długie miesiące może zawieść nawet w tym jednym, kluczowym momencie. Nasz MAN natomiast zaliczył kompletne zniszczenie, zarwanie i wyrwanie zawieszenia, na jednym z trudniejszych odcinków z wieloma ogromnymi głazami, które okazało się po prostu nienaprawialne.
Stawce przewodzi Gerrard De Rooy w swoim Iveco z armadą trzech Kamazów za nim. Szósty jest Loprais w Tatrze zupełnie nowej konstrukcji, zbudowanej z myślą o walce o zwycięstwo. Niestety jak to nowa konstrukcja, ma ona swoje problemy, ale w przyszłych latach kto wie… Tutaj też działo się sporo. Eduard Nikolaev mocno dachował swoim Kamazem, do tego stopnia, że powrót do rywalizacji nie był możliwy. De Rooy zatrzymał się by pomóc największym rywalom w imię dakarowego ducha, który dalej żyje, jednak nie dało się nic zdziałać. Odstępy w czołówce są na tyle małe, że Iveco De Rooya wciąż musi gnać, jeśli chce odeprzeć ataki Kamazów przyspieszających z etapu na etap po nieco wolniejszym początku.

To tyle podsumowań na chwilę obecną. Tegoroczny Dakar już teraz wygląda na wyzwanie z jakim zawodnicy nie musieli się mierzyć od dobrych kilku lat, a to dopiero półmetek. Nie pozostaje zatem nic jak śledzić dalsze zmagania człowieka i maszyny z przyrodą oraz trzymać w tym wszystkim kciuki za naszych reprezentantów jadących do tej pory naprawdę wyśmienicie.

4 thoughts on “Na półmetku Dakaru 2014

  • Styczeń 11, 2014 at 5:54 pm
    Permalink

    Warto wspomnieć, że w załodze De Rooya jedzie Polak – Darek Rodewald, a to oznacza, że ośmiu z dziewięciu uczestniczących jeszcze w Dakarze Polaków zajmuje miejsca w pierwszej dziesiątce 🙂

    Reply
  • Styczeń 11, 2014 at 8:51 pm
    Permalink

    Masz rację i jej nie masz bo Rodewald jeździ z holenderską licencją i taka też narodowość widnieje przy jego nazwisku choćby na liście zgłoszeń, więc wiesz… to jednak co innego niż zwycięstwo pod naszą narodową flagą, sam przyznasz.

    Reply
  • Styczeń 12, 2014 at 1:49 pm
    Permalink

    Nie no jasne, ja tu nikogo nie dzielę, na lepszych czy gorszych, tylko mówię jak to wygląda od strony oficjalnej. Jakby nie patrzeć jednak jest pierwszym i jedynym Polakiem, który wygrał Dakar 🙂 .

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *