Dakar 2014: powrót starej legendy, ale z nową skazą

Adam Małysz na mecie.

Dakar 2014 już za nami. Już teraz można być pewnym, że tegoroczna edycja przejdzie do historii z kilku powodów, tych pozytywnych, jak i niestety negatywnych. Organizatorzy ciężko pracowali by rajd odzyskał swoje miano najcięższej przeprawy na świecie i brawa dla nich za tą pracę, gdyż się udało. Jednak ktoś, jedną głupią decyzją postanowił zniweczyć pracę i miesiące przygotowań setek, czy tysięcy ludzi, mając na uwadze tylko swój interes i nie bacząc, że zostawi skazę na dobrym imieniu tej imprezy. Dla nas na szczęście i dla naszej reprezentacji tegoroczna edycja, choć może nie była wybitna bo zabrakło zwycięstwa, to była wyśmienita. Co tu dużo mówić – po prostu najlepsza w wykonaniu naszych reprezentantów w historii!

Jak wspominałem wcześniej – tegoroczny Dakar zaplanowany był tak by w pełni zasłużyć sobie na miano wielkiego wyzwania, gdyż w poprzednich latach nieco je nadwyrężono. Sukces jest kompletny, gdyż praktycznie wszyscy zawodnicy mówili, czy wręcz narzekali na trudność rajdu (którą jednocześnie tak uwielbiają) i zgodnie twierdzili, że tegoroczna edycja nie dość, że była piekielnie trudna, to jeszcze nie dawała chwili wytchnienia. Nie było żadnych łatwiejszych odcinków, żadnej rozgrzewki, czy uspokojenia pod koniec jak zwykle. Od pierwszych do ostatnich kilometrów zawodnicy musieli się mierzyć po prostu z najtrudniejszym terenem w jakim przyszło im walczyć.

Kuba Przygoński pojechał bardzo mądrze i spokojnie.

Zacznijmy więc od kategorii motocykli. Tutaj od początku wiadome było, że w walce o zwycięstwo znajdą się Marc Coma i Cyril Despres. Ten drugi jednak po ryzykownym przejściu do Yamahy z KTMa wiedział, że będzie miał trudniej, co potwierdziło się na trasie. Despresa dotknęły problemy techniczne z jego motocyklem, przez co spadł na dalsze pozycje. Gonił jednak w niesamowitym tempie i ukończył rajd na czwartej pozycji zaledwie kilka minut za podium. Zwyciężył Coma z dość pewną przewagą, ale Cyril na pewno może się czuć „moralnym zwycięzcą”, choć to oczywiście trofeum nie zastąpi. Sukces KTMa jest tym większy, że na drugim miejscu uplasował się inny kierowca tej marki, czyli Jordi Viladoms. Podium uzupełnił z kolei kolega z zespołu Despresa – Olivier Pain. Zarysowała się więc dominacja dwóch zespołów, jednak tuż za nimi już jest Honda, nie tylko z piątym miejscem Heldera Rodriguesa, ale świetną jazdą Sama Sunderlanda, który brylował na początku rajdu i wydawało się, że jest pretendentem do zwycięstwa, dopóki jego silnik nie odmówił posłuszeństwa. Na szóstym miejscu, za wielkimi nazwiskami uplasowało się nasze wielkie nazwisko – Kuba Przygoński! Jest to zarazem najlepszy wynik polskiego motocyklisty na Dakarze w historii. Wielkie brawa! Obiektywnie jednak patrząc gdyby nie nieco nazbyt spokojnie przejechany początek rajdu, mogło być jeszcze lepiej, gdyż Marc Coma odjechał naszemu reprezentantowi na dwie i pół godziny, ale do drugiego stopnia podium zabrakło już tylko trzydzieści minut. Z pewnością więc mamy jeszcze na co czekać w przyszłych edycjach rajdu, gdyż potencjał jest.
Rywalizacja motocykli przebiegała więc bez wielkich zawirowań, choć w szaleńczym tempie i morderczych warunkach bo trzeba pamiętać, że to właśnie motocykliści są najbardziej wystawieni na warunki atmosferyczne i niebezpieczeństwo. Tym większy podziw budzą więc kierowcy, którzy np. po uszkodzeniu motocykla jechali odcinek 27 godzin, po czym dojeżdżali na biwak, kiedy inni już wyjechali na kolejny OS, brali nowy roadbook i jechali dalej. Szacunek i podziw wielki dla tych ludzi za ich wytrwałość. Dlatego też, między innymi, Dakar jest imprezą na której można oglądać potężnych, pewnych siebie facetów, którzy w pewnym momencie zalewają się łzami.

Kiedy tylko sprzęt pozwalał, Rafał Sonik doganiał rywali.

Quady. Niektórzy mówią, że najmniej prestiżowa kategoria Dakaru, ale pewnie dlatego, że najmłodsza. W końcu każdy kto przetrwa takie piekło z założenia zasługuje na pochylenie się nad jego osobą. Tutaj natomiast działo się, oj działo. Główny pretendent do tytułu, czyli Marcos Patronelli, cudem uniknął poważnego, jeśli nie tragicznego w skutkach wypadku, po tym jak jego quad stracił moc w górach, na wysokości ponad czterech tysięcy metrów i spadł w przepaść. Kierowca w ostatniej chwili zeskoczył z pojazdu. Wtedy stawkę zaczęli prowadzić Ci, którzy zwykle gonili Marcosa, a w tym nasz reprezentant. Rafał Sonik, który wyraźnie jednak „dostawał” sprzętowo na odcinkach szybkościowych, gdzie jak sam mówił, quady głównych konkurentów zdecydowanie mu uciekały na długich prostych i nic nie mógł na to poradzić. Gonić mógł na odcinkach bardziej technicznych, gdzie pokazywał swoje doświadczenie i wyczucie. Walkę toczył przeważnie z Ignacio Casale i Sergio Lafuente. Ten drugi jednak odpadł w drugiej połowie rajdu z powodu awarii silnika. W ogóle temat silników był często poruszany jeśli chodzi o quady, gdyż czołówka zdawała się mieć bardzo wysilone silniki, dlatego też tracić mógł Sonik. Kij ma jednak zawsze dwa końce i silniki wysilone mają krótszą żywotność (Lafuente), czy są bardziej wrażliwe na zmiany mieszanki paliwa i powietrza (Patronelli), a Dakar by wygrać, trzeba najpierw ukończyć. Ta sztuka najlepiej udała się Ignacio Casale, za nim uplasował się nasz Rafał Sonik i tym samym wywalczył najlepszy wynik polskiego zawodnika w historii Dakaru w ogóle! Biorąc pod uwagę z jak ogromnymi problemami Rafał się podczas tego rajdu borykał i jak sprawnie pokazał, że sobie z nimi radzi w każdej sytuacji, zawsze potrafiąc znaleźć wyjście, tym większe brawa. Za nim uplasował się Sebastian Husseini, który przez problemy sprzętowe już na początku rajdu wypadł z walki ścisłej czołówki i mógł jedynie gonić.

Hołowczyc jest zadowolony, choć mogło być lepiej.

W kategorii samochodów działo się, aż za wiele trzeba powiedzieć, o tym jednak za chwilę. Od razu wspomnieć trzeba o trzech interesujących wynikach. Pierwszy to ósme miejsce Christiana Lavielle w… chińskim Havalu, który wygrał także pierwszy OS rajdu. Oczywiście z marki została jedynie nazwa, a sam pojazd to konstrukcja zbudowana przez Team SMG, który buduje obecne w rajdzie buggy, ale wynik z pewnością warty jest uwagi i tym samym pojazd ten dołącza do grupy pościgowej za konstrukcją Mini All4Racing. Kolejnym zespołem, który też jest w owej grupie pościgowej jest Renault. W tegorocznym rajdzie francuska marka wystawiła bowiem swoje autorskie konstrukcje, w dodatku designem oparte na Renault / Dacii Duster, z których najlepsza uplasowała się na 14. miejscu. Na uwagę zasługuje także debiut Forda, którego Ranger rajd ukończył na 22. lokacie, a zapowiadało się i na nieco lepszy wynik. Nie sposób jednak nie zauważyć dominacji Mini, gdyż auta te zajęły siedem miejsc w czołowej dziesiątce klasyfikacji rajdu.
A propos klasyfikacji. Straszna szkoda, że w końcowych wynikach brak Carlosa Sainza, który dawał z siebie wszystko, starając się łomotać swoim buggy wszystkie Miniaki i spółkę, kiedy tylko była okazja. Sainz musiał przy tym cisnąć tak mocno, że najpierw nie wytrzymał sprzęt, a potem wkardł się błąd, który zakończył się wypadkiem. Tym niemniej warto zapamiętać występ dwukrotnego rajdowego mistrza świata, nie tylko ze względu na jego widowiskową jazdę. Po odpadnięciu Sainza walka o zwycięstwo rozgrywała się już tylko między kierowcami Mini – Romą i Peterhanselem. Ten drugi, jedenastokrotny zwycięzca Dakaru, po problemach ze sprzętem i nawigacją gonił Naniego Romę, któremu przez cały rajd udawało się unikać poważnych problemów, kiedy borykała się z nimi reszta stawki. Kiedy dwa etapy przed końcem obu zawodników dzieliły minuty i zapowiadało się na sprinterski finisz dwutygodniowej walki, jakiego jeszcze ta impreza nie widziała, jak grom z jasnego nieba, w najmniej spodziewanym momencie, spadło hasło: team order. Boss zespołu zadecydował, że rajd ma wygrać Roma i kazał Peterhanselowi, który go doganiał, odpuścić.Odbiło się to ogromnym echem w środowisku i było komentowane przez samych organizatorów, gdyż gdzie jak gdzie, ale na Dakarze nikt się podobnych zagrywek nie spodziewał, nikt nie spodziewał się, że ktoś zostawi tak głęboką ranę na sportowym sercu tej imprezy. Pech (dla zespołu) chciał, że Roma na przedostatnim etapie złapał kapcia i Peterhansel go wyprzedził. Przed ostatnim etapem więc obaj kierowcy robili głupie miny i mówili, że „jak sami widzicie, nic jeszcze nie wiadomo”, po czym oczywiście na ostatnim odcinku Stephane poczekał na Romę i go przepuścił. Przyznam się, że jestem zdruzgotany i myślę, że nie tylko ja. Jak można tak jednym ruchem zrujnować przez lata wypracowaną atmosferę i ducha imprezy dla własnych korzyści i to wcale nie tak oczywistych? Jak Roma mógł się w ogóle cieszyć z takiego zwycięstwa? Tego nie wiem. Tym niemniej jednak wygrał Roma, przed Peterhanselem i Nasserem Al-Attiyah. Pierwszym nie-mini był czwarty Giniel De Villiers w Toyocie.
Nasi reprezentanci okazali się być nie siłą, ale wręcz potęgą w tegorocznym rajdzie. Niestety nie w ścisłej czołówce walczącej o podium, ale już w czołowej dziesiątce mieliśmy aż trzy załogi, a była szansa i na cztery. Szósty bowiem uplasował się Hołek, który sporo stracił na początku rajdu nie tylko przez docieranie się z nowym pilotem, ale i wynikające z tego słabsze tempo, które na dłuższy czas zepchnęło go do jazdy w kurzu wolniejszych rywali, co miało wpływ na jego czasy. Kiedy tylko po połowie rajdu udało się z tej złej sytuacji wydostać, Hołek regularnie zaliczał wyniki w pierwszej piątce. Siódmy za Hołkiem był Dąbrowski z Czachorem w Toyocie. Chyba nikt nie spodziewał się tak świetnego wyniku w debiucie naszych motocyklistów na czterech kołach. Świetnie unikali błędów i wykorzystali doświadczenie, jadąc spokojnie swoim tempem, co zaprocentowało na końcu. Dziewiąty był nasz zupełny debiutant, czyli Martin Kaczmarski w Mini. Oficjalnie jest podopiecznym Hołka i jeśli dalej tak będzie się od niego uczył i potrafił tak rozsądnie dysponować tempem w tej długiej imprezie to może szybko prześcignąć swojego mistrza. Trzynasty wreszcie był Adam Małysz z Rafałem Martonem . Przez większość rywalizacji wydawało się, że także ukończą rajd w czołowej dziesiątce, jednak jeden pechowy odcinek zadecydował o wyniku. Jazda w kurzu ciężarówki (dakarowe ciężarówki wcale nie poruszają się wolno, a nieraz szybciej od samochodów czy motocyklistów), która skończyła się wpadnięciem na głaz i urwanym kołem, a potem spaleniem hamulców. Adam w tym roku przeszedł prawdziwy Dakarowy chrzest i mimo tych problemów spisał się świetnie, pokazując, że potrafi walczyć.

Czy to jest zwycięstwo? Czy to jest… jego oddawanie?

 Jednak i Hołek, i Adam nie ukrywają, że liczyli na nieco więcej, mimo iż wiedzą, że wyniki są dobre. Znają swoje możliwości i to co mogli zrobić podczas rajdu. Na Adama jeszcze myślę przyjdzie czas, natomiast co do Hołowczyca to sugerowałbym mu… zmianę zespołu. Szczerze mówiąc już ta zmiana pilota tylko na Dakar wydawała mi się dziwna, skoro Krzysztof zdobył puchar świata jeżdżąc przez cały sezon z kimś innym, ale team orders w wykonaniu kierownictwa teamu X-raid utwierdziło mnie w przekonaniu. Trzeba zwiewać od ludzi, którzy zamieniają sport w biznes. Trzeba zwiewać z zespołu, gdzie jest się pionkiem, a nie ma się atmosferę i ściga się po swojemu. Wystarczy popatrzeć wstecz – przecież jeżdżąc choćby Nissanem Hołowczyc wcale nie osiągał gorszych wyników, więc czemu by nie spróbować? Szczególnie, że także Peterhansel spytany po rajdzie co zrobi z sytuacją w zespole odwracał wzrok od kamery mówiąc „muszę jeszcze poważnie przemyśleć swoją przyszłość”.

Kolejne zwycięstwo niezawodnych Kamazów.

Jeśli chodzi o ciężarówki, to była to kategoria w której rywalizacja przebiegała bodaj najspokojniej. Jeśli tylko za spokojny można uznać szaleńczy pościg armady Kamazów za Iveco de Rooya. Zakończony sukcesem z resztą po ciekawej sytuacji na ostatnim odcinku, kiedy to przewrócony samochód zablokował drogę ciężarówkom i de Rooy przecisnął się przejeżdżając (dosłownie) po przewróconym aucie, natomiast goniący go Karginov stanął i pomógł. Problemy z zablokowaniem trasy zostały jednak ostatecznie uwzględnione w wynikach i wygrał Karginov przed de Rooyem i Nikolaevem. Tu niestety pech nie oszczędzał naszych załóg i obie ciężarówki odpadły jeszcze w pierwszej części rajdu po problemach technicznych, jeśli tak można nazwać zarwanie zawieszenia w MANie.

Co można powiedzieć o tegorocznym Dakarze? Na pewno okazał się piekielnie trudny i wymagający tak od sprzętu, jak i zawodników. Na pewno nie przestał zaskakiwać i dostarczać wrażeń, także dla widzów, jakie dostarcza tylko Dakar, czyli choćby niesamowite miejsca w jakich ścigają się zawodnicy. Na pewno też, niestety, zapisze się w historii niechlubnym team order, który lepiej żeby wszyscy dobrze zapamiętali, tak aby podobne miejsce nigdy nie miało miejsca na tej imprezie. Tak aby tegoroczna edycja nie wyznaczała nowej ery w dakarowych rozgrywkach.

Tegoroczny Dakar naprawdę dał w kość zawodnikom.

Nie można jednak zakończyć negatywnie. Nie po tak wspaniałym występie naszych reprezentantów bo to właśnie powinniśmy głównie zapamiętać z tegorocznej edycji!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *