Symulatory wyścigowe

Podczas gdy Sebastian Vettel właśnie jest na najlepszej drodze do wygrania kolejnego wyścigu, co zapewne stanie się już jutro, a rzesze speców od wszystkiego już zabierają się za Roberta Kubicę, zjeżdżając go od góry do dołu, co jest naszym sportem narodowym, w dodatku za oknem pogoda do kontaktów z naturą raczej nie zachęca, spróbuję wam nieco przybliżyć temat komputerowych symulatorów wyścigowych. Dla wielu pewnie w jakiejś części znany, dla innych będący chlebem powszednim, dla jeszcze innych zapewne będący kolejnym pojęciem mieszczącym się w kategorii GRY. Niesłusznie.

Po pierwsze odrzućmy wszelkie tytuły będące rzeczywiście grami, będącymi tylko prostą rozrywką multimedialną. Wielu za symulator uważa coś co ma… takie słowo w nazwie. Litości, żyjemy w czasach, kiedy ostatnie czemu można wierzyć to reklamy i słowa marketingowców. Odrzućmy więc wszystkie choćby gry konsolowe – tam żaden symulator nigdy nie powstał, choć są gry do tego miana rzeczywiście próbujące pretendować, jednak sposób rozrywki jest na tyle różny od tego z komputerów osobistych, że nigdy prawdziwego symulatora nie stworzono bo po prostu nikt by w niego nie grał.

Wracając jednak do tematu. Symulacja – z czym to się je? Jak sama nazwa wskazuje staramy się odwzorować jak najlepiej warunki rzeczywiste. W tym konkretnym wypadku warunki panujące na torze, fizykę, zachowanie bolidu, jego pracę, pracę opon i setki innych czynników, z których zdamy sobie sprawę dopiero jak postaramy się je przenieść do świata wirtualnego. Czym to skutkuje? Ano tym, co jest bodaj najważniejszym aspektem zabawy symulatorami, o którym trzeba wspomnieć, czyli ilością czasu jaki trzeba na nie poświęcić. W końcu jeśli dobrze odwzorujemy rzeczywistość, to nie usiądziemy od razu za kółkiem wirtualnego bolidu Formuły 1 bijąc wszelkie rekordy, tak jak i prawdziwi kierowcy muszą latami ścigać się w słabszych pojazdach, ażeby te potwory okiełznać. Właśnie. Dni, tygodnie, miesiące, czy nawet lata praktyki tutaj są widoczne na każdym kroku. Nie tylko w jeździe, ale w umiejętnościach ustawiania pojazdu, gdyż tutaj także i to leży po naszej stronie. Tu kolejna ciekawa sprawa z symulatorami. Jeśli ktoś się nimi pasjonuje, to może połączyć przyjemne z pożytecznym i skutecznie rozwijać swoje hobby, gdyż musząc ustawić dobrze pojazd wirtualny, musimy wiedzieć co te, żywcem przeniesione z rzeczywistości, ustawienia bolidu robią. Nieraz więc możemy poszerzyć swoją wiedzę z zakresu dynamiki pracy zawieszenia, czy aerodynamiki pojazdów wyścigowych. Świetny wstęp do dalszego zgłębiania tejże wiedzy, czy szerszego się zainteresowania daną dziedziną.

Race 07

Skoro już tak wiernie staramy się odwzorować rzeczywistość, to wypadałoby mieć także rzeczywistych przeciwników prawda? Dlatego też powstają całe krajowe, czy nawet ogólnoświatowe ligi oferujące rywalizację na różnych symulatorach, różnymi klasami pojazdów, na różnym stopniu zaawansowania, a także komercjalizacji tejże zabawy. Jeśli ktoś nigdy nie spróbował to trudno mu będzie to wytłumaczyć. Godziny spędzone na wspólnym trenowaniu i szukaniu dziesiątych sekundy straty na okrążeniu do przeciwnika. Potem kolejne godziny spędzone na szukaniu idealnych ustawień bolidu na wyścig i kwalifikacje. Potem wreszcie odwzorowany przebieg całego weekendu wyścigowego z kilkoma minutami kwalifikacji, kiedy to musimy wykręcić to jedno, idealne okrążenie. W końcu sam wyścig i miliony decyzji jakie musimy podejmować na każdym zakręcie. Nie tylko odnośnie ataku, czy obrony pozycji, ale samej taktyki, oszczędzania opon, układu pitstopów. Każda z tych rzeczy ma znaczenie, a sama jazda już wymaga takiego skupienia, że chwilowa dekoncentracja zwykle kończy się wypadnięciem za tor i albo zakończonym wyścigiem, albo „tylko” ogromnymi stratami. Przy wyścigach trwających godzinę i więcej utrzymanie koncentracji jest już samo w sobie wyzwaniem, a jeśli dysponujemy odpowiednim sprzętem, to na naszej kierownicy komputerowej mogą, w zależności od ustawień, występować takie siły, że będziemy także po prostu fizycznie zmęczeni.

Dlatego też symulatory nie są dla wszystkich. Nie jest to typowa rozrywka i nie da się jej porównać z szeroko pojętymi grami komputerowymi. Owszem w każdej można osiągnąć perfekcję godzinami trenując, jednak w żadnej innej nie potrzeba czasem godziny treningu by móc przejechać bezwypadkowo jedno okrążenie toru… samemu… będąc offline. Nigdzie indziej pierwszym i najważniejszym przeciwnikiem w drodze do sukcesu nie jesteśmy my sami. Dlatego nieraz można się mocno, naprawdę mocno zirytować gdy widzi się innych miażdżących nasze, wydawałoby się genialne, czasy. Ludzie niecierpliwi, lubiący błyskotki, efekty specjalne i non stop wartką akcję nie mają tu czego szukać. Tu potrzebne jest zaangażowanie, czasem aż chorobliwe, pasja i zawziętość, w pewnym sensie po prostu dojrzałość i odpowiedzialność bo szaleńcze, nieprzemyślane ataki na wirtualnym torze z reguły kończą się wyeliminowaniem tak atakującego, jak i niewinnego broniącego się.

Rally Trophy

Po co się w to bawić, skoro z tej zabawy płyną same wyrzeczenia? Trudne pytanie. Jednak każdy pasjonata i każdy, kto lubi wyzwania, chyba znajdzie na nie odpowiedź, prawda? Świadomość tego, że pędzimy po torze, który wydaje nam się strasznie wąski, koło w koło z żywym przeciwnikiem, po to by na końcu prostej opóźnić o ułamek sekundy hamowanie i spoconymi dłońmi, pracującymi non stop na napiętych mięśniach nogami, okiełznać w zakręcie pojazd jadący za szybko, w którym każde nieodpowiednie muśnięcie gazu kończy się wylotem za tor, jednocześnie wyprzedzając przeciwnika, który, podobnie jak my, spędził godziny na treningach, które mają teraz zaprocentować. Świadomość sprostania wyzwaniu, nauczenia się czegoś, pokonania jakiejś słabości. Tak to już chyba jest, że radzenie sobie z rzeczami trudniejszymi po prostu daje więcej satysfakcji. No i oczywiście pasja. Pasja do motoryzacji i wyścigów samochodowych.

Dlatego szczerze powiem. Jeśli myślicie, że dacie radę – próbujcie. Może was wciągnąć, jak i mnie, na długie lata. Jeśli jednak nie macie czasu, ani nerwów, dajcie sobie spokój. Tylko niepotrzebnie będziecie się irytować.

Poniżej pozwolę sobie przedstawić kilka propozycji symulatorów, z którymi sam miałem dłuższy kontakt:

rFactor

F1 znów na Green Hell? Czemu nie!
 Jeden z najpopularniejszych, jeśli nie najpopularniejszy, symulator na świecie. Jego twórcy zajmują się także produkcją symulatorów dla autentycznych ekip wyścigowych, dlatego można być spokojnym o jego jakość. Pomimo, że wyszedł już następca, dalej w mojej pamięci to pierwsza część jest królem symulatorów. Jej sukces wynika także z faktu, iż umożliwiała, a nawet stworzona była, do rozbudowy przez środowisko fanowskie. Dzięki temu w Internecie znaleźć możemy niemal nieskończoną ilość pojazdów i serii wyścigowych dla rFactora, jak i niemal każdy tor na świecie przeniesiony do wirtualnej rzeczywistości. Oczywiście jakość tychże dodatków jest tak różna jak ich twórcy, są wśród nich jednak prawdziwe perełki, tak pod względem wykonania jak i samej jakości symulacji. Koszty zakupu produkcji są niewielkie, a jest dalej dostępna i w szerokim użyciu na świecie. Szczerze polecam każdemu.

iRacing

Najnowocześniejsza ze wszystkich produkcji.
Projekt w 100% sieciowy, do tego stopnia, że samo menu symulatora jest tak naprawdę stroną WWW. To chyba najbardziej skomercjalizowany (bo amerykański) symulator z tu przedstawionych, a koszty jego użytkowania są całkiem spore bo wymagane jest płacenie miesięcznego abonamentu, który rocznie wyniesie nas około 100$, a dodać trzeba do tego jeszcze koszty dodatków, gdzie każdy tor, czy samochód to wydatek rzędu 12$. Co dostajemy za te, niemałe przecież, pieniądze? Nieustanne prace rozwojowe nad projektem, wciąż nowe tory i pojazdy, tworzone przez profesjonalistów na podstawie autentycznych danych telemetrycznych, czy laserowych skanów terenu. Kontakt z twórcami odnośnie rozwoju produktu tak, żeby spełniał wymagania klientów. Świetną jakość całości i w końcu możliwość ścigania się z ludźmi z całego świata o każdej porze dnia i nocy, także o całkiem rzeczywiste nagrody i pieniądze. Symulator ten przez wielu został uznany za najlepszy symulator wszech czasów i jeśli tylko ktoś dysponuje odpowiednimi zasobami czasu i pieniędzy, to myślę, że nie będzie miał problemu by się z tymi opiniami zgodzić.

GTR
Dinozaur, wstawiony tu przeze mnie z sentymentu.Ojciec tych już bardziej współczesnych symulatorów (choć był jeszcze pewien praojciec 😉 ) , za jego sprawką także w Polsce rozwinęła się największa nasza krajowa liga simracingu, od której to wszystko się zaczęło organizować i sama scena tak naprawdę zaczęła powstawać. Trudny, wymagający, niestety ze słabym kodem sieciowym, ale szalenie satysfakcjonujący symulator mistrzostw świata FIA GT, pojazdów gran turismo właśnie. Teraz już chyba nieużywany niemal, ale w dalszym ciągu warty zapoznania się.

GTR2

 Następca GTRa poprawiał wiele rzeczy, ale zdaniem wielu również stracił nieco z bycia tak hardcore’owym symulatorem jak jego poprzednik. Przyznam szczerze, że Monzę w GTR2 znałem co do centymetra, każdej najmniejszej nierówności i tarki na zakręcie, potrafiłem po niej jeździć godzinami, nawet zupełnie sam i mi się to nie nudziło. Choć nieco mniej wymagający, dalej z niezbyt dobrym kodem sieciowym, co dawało się we znaki organizatorom wyścigów, to jednak świetny symulator, warty polecenia. Jego scena także nadal jest prężna i pozwala na pobranie ogromnej ilości dodatków.

RACE i RACE 07
Kolejne dziecko twórców serii GTR. Symulator mistrzostw świata samochodów turystycznych, czyli WTCC. O ile był nieco większym krokiem technologicznym w przód, to dla wielu był także kolejnym krokiem wstecz pod względem poziomu symulacji. Wpływ na to miały także pojazdy, nieco słabsze, a więc i ciut łatwiej się prowadzące niejako „z założenia”. Tutaj sami twórcy zaoferowali sporo dodatków, dodających także potężniejsze samochody i ciekawe tory, jak na przykład legendarną Nordshleife. Przyznam, że o ile wielkim fanem tych symulatorów nie jestem, to na Green Hell mogłem Radicalem jeździć godzinami, a frajda z tego płynąca była nie do opisania. Myślę, że dobra produkcja na rozpoczęcie przygody z symulatorami, ale także po prostu dobry produkt w ogóle.

Richard Burns Rally

Tutaj nie licz, że będzie łatwo.
Symulator rajdowy, który obrósł już chyba legendą. Także dla tego, że w Polsce mamy sporej wielkości ligę na nim się ścigającą, na bardzo dobrym poziomie, a także dlatego, że nie raz Robert Kubica wspominał o tym, że lubi nim się bawić, również online w wyżej wymienionej lidze. Maniacy rajdów na pewno wiedzą o czym mowa, ja powiem tylko, że jest to bodaj jeden z najbardziej wymagających symulatorów w ogóle. Dla początkującego pojawienie się na odcinku specjalnym bez zaliczenia wcześniejszej szkółki zawartej w produkcji może być po prostu szokiem. Do tego stopnia, że niektórzy uważają, że coś jest popsute. Niesamowicie wymagający, ale i bardzo satysfakcjonujący. Nie dający miejsca na błędy. Z prężną sceną i setkami dodatków do pobrania. Nic tylko brać, jeśli ktoś lubi taplać się w błocie z napędem 4×4, choć i nie tylko.

Rally Trophy
 Dla mnie perełka i coś nietypowego nawet jak na światek symulatorów. Oto bowiem mamy symulację rajdów, ale klasycznych. Tak. O ile w Richard Burns Rally przez błoto przedzieraliśmy się pewnie z napędem na cztery kapcie, tutaj wpadamy w zakręt na żwirze, w czasie ulewy, pędząc 100km/h na godzinę w tylnonapędowym Fordzie Cortina, czy też Renault Alpine. O tym, co dzieje się przy jeździe na śniegu już lepiej nie wspominać. Można także oczywiście zasiąść za sterami innych klasyków, jak przednionapędowe Mini. Wybierać naprawdę jest w czym, a całość świetnie trzyma klimat „tamtych” lat. Nie jest to najtrudniejszy z symulatorów, ale jest niezwykle ciekawy, a przy tym solidny i na miano symulatora właśnie w 100% zasługuje.

Screamer 4×4

Nietypowa, ale bardzo ciekawa symulacja.
Ciekawe czy ktokolwiek tą produkcję kojarzy. Myślę, że bardzo niewiele osób. To dlatego, że zajmuje się ona nietypową dyscypliną rywalizacji samochodowej, szczególnie jak na rozrywkę multimedialną, a mowa o rajdach przeprawowych. O walce by podjechać pod strome wzniesienie w czasie ciemnej nocy, blokując wszystkie dyferencjały i mozolnie wciągając się pod górkę, błagając by auto nie zaczęło się ześlizgiwać bo przecież musimy się jeszcze zmieścić w wąskie bramki rozstawione na trasie. Do wyboru paleta klasyków tej dyscypliny, Jeepy, Toyoty i spółka. Możliwość modyfikacji sprzętu. Przede wszystkim natomiast całkiem nieźle odwzorowana fizyka i charakterystyka dyscypliny. Innymi słowy – jazda tak powoli nigdy nie była tak fajna.

Leave a Reply

Discover more from 4 kolka i nie tylko

Subscribe now to keep reading and get access to the full archive.

Continue reading