Związki Elektrycznych Oszustów Drogowych

Nissan ZEOD

Ostatnimi czasy ze wszystkich stron atakowani jesteśmy „elektryczną rewolucją”. Samochody zasilane elektrycznie, o zasięgu 100 kilometrów, hybrydy ze spalinowym generatorem, czy wreszcie elektryczne samochody wyścigowe, które ostatnio są niezwykle mocno promowane i wprowadzane aż zbyt gwałtownie widać, że na siłę. O tych innowacjach i sposobie oraz celach ich wprowadzania na rynek, pisałem już nie RAZ i nie DWA. Jednak, niestety, a może i na szęście, to nie ja kształtuję światowy rynek, dlatego też temat znów wraca. Tym razem w, jakże zaawansowanej, formie wyścigowej…

ZEOD, będący kontynuacją projektu DeltaWing pod skrzydłami Nissana, ma być przyszłorocznym gościem garażu numer 56 na Le Mans 24h, który zarezerwowany jest dla pojazdów prototypowych i nie mieszczących się w żadnych dotąd ujętych regulaminach, a także wprowadzających nowe technologie do wyścigów. Rozwijając filozofię projektu DeltaWing stworzono pojazd z przesuniętym środkiem masy oraz balansem aerodynamicznym, zdecydowanie na tył. Pojazd bez skrzydeł, gdyż w tej konstrukcji siła docisku generowana jest, wedle założeń, głównie przez podwozie. ZEOD wyposażony jest w zamknięty kokpit, od poprzednika odróżnia go także napęd. Tutaj będzie on hybrydowy. Nissan w dalszym ciągu nie ujawnia żadnych szczegółów, jedynie swoje erm.. bardzo ambitne plany, dalej chyba jednak nie wiedzą jak dokładnie je zrealizować, gdyż jedyne upublicznione informacje odnośnie układu napędowego to te mówiące, iż pojazd będzie używał JAKIEGOŚ silnika elektrycznego i JAKIEGOŚ małego turbodoładowanego silnika spalinowego, korzystając do tego z technologii zasilania zaczerpniętych z Nissana Leaf Nismo RC.

Tesla S

Być może nie widzicie jeszcze pewnej niedorzeczności tej sytuacji, ale już tłumaczę. ZEOD (skrót od: Zero Emision On Demand) promowany jest na lewo i prawo jako pojazd elektryczny – popatrzcie chociaż na film Nissana dostępny na facebookowym profilu Czterech Kółek, podczas gdy takim nie jest. Każdy mający minimum świadomości obecnie dostępnych technologii wie, że przejechanie dystansu niemal pięciu tysięcy kilometrów przez pojazd elektryczny i to jeszcze w tempie wyścigowym byłoby świetnym widowiskiem. Takim na miarę Monty Pythona. Tyle bowiem, mniej więcej, wynosi dystans dwudziestoczterogodzinnego klasyka. Czyżby twórcy o tym nie wiedzieli? Okazuje się, że wiedzą doskonale i głównym założeniem, z którego będą dumni, będzie możliwość przejechania ZEODem jednego okrążenia toru Le Mans tylko na energii elektrycznej, rozwijając jednocześnie przy tym prędkości dochodzące do 300 km/h. Osiągnięcie? Cóż, wszyscy tak twierdzą. Czemu ja nie? Wystarczy przyjrzeć się nieco rynkowi i mamy odpowiedź. Chętni bowiem już dziś mogą nabyć pojazd typu Tesla S. Ten oto samochód przy zasięgu niemal 500 kilometrów, prędkości maksymalnej przekraczającej 200 km/h i byciu całkiem sporym, wygodnym pojazdem, nikogo już nie zaskakuje, nie powala. Podobnie jak Mercedes SLS AMG w wersji z napędem elektrycznym, który rozpędza się do ponad 250 km/h, gdyż ma elektryczny ogranicznik i ma zasięg na poziomie 250 kilometrów. Należy więc postawić sobie pytanie, dlaczego tak oszałamiająca ma być konstrukcja, która przejedzie na energii elektrycznej 17 kilometrów i rozpędzi się przy tym do 300 km/h? Dlaczego też hybrydę promuje się wszędzie jako pojazd elektryczny, a przecież w klasie LMP1 hybryd raczej nie brakuje? Cóż odpowiedź jest prosta: reklama, pieniądze, marka. Przecież zawsze znajdą się tacy, którzy uwierzą.
Broń boże nie krytykuję projektu. Jestem nim zafascynowany i bardzo ciekawy. Dalej jest on niezwykle innowacyjny, ma sporo nowinek, dalej jak DeltaWing, udowadnia, że można podejść do konstrukcji samochodu wyścigowego inaczej, że może on mieć mniejsze opory, inny balans. Dalej niektóre rzeczy definiuje na nowo. Nie podoba mi się jednak, niemal wprost, oszukiwanie ludzi, co do tego czym jest, jedynie po to, żeby wypromować swoją technologię i auta cywilne.

Formuła E – bo wszystko da się wypromować.

Skoro już jesteśmy w tematach pod napięciem, to nie mogę pominąć Formuły E, która ma wystartować w przyszłym roku. Z całym szacunkiem, ale godzinne wyścigi, w których dwa razy zmienia się SAMOCHÓD. Kwalifikacje ograniczone do dwóch okrążeń pomiarowych i zorganizowane tak by dwaj kierowcy nie mogli się spotkać i utrudnić sobie zrobienia dobrego czasu, plus otwartość serii i łagodne regulaminy, kiedy wszędzie indziej je się ogranicza. Czy takie zestawienie cech, jednych będących regresem, innych wyraźnie promujących serię względem innych, naprawdę nie każe się wam zastanowić, czy ktoś przypadkiem nie próbuje tu nam na siłę wcisnąć imitacji wyścigów w pojazdach brzmiących jak elektryczne modele zdalnie sterowane? U mnie niestety tak.

Nie myślałem, że kiedyś to powiem, ale już bardziej normalnie brzmią informacje o ewolucjach naszych parlamentarzystów w pojazdach elektrycznych. Konkretnie w Melexach na polu golfowym, na Cyprze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *