Wina winnych dowiedziona przez zawinionych

Nowy symbol GP Wlk. Brytanii 2013.

Od Grand Prix Wielkiej Brytanii minął już tydzień i prawdę mówiąc, jak to piszę, Sebastian Vettel właśnie wygraża innym zawodnikom na ostatnim treningu przed kwalifikacjami, pokazując, że wreszcie zamierza wygrać swój domowy wyścig na Nurburgringu. Tymczasem ten z minionego weekendu warty jest uwagi nie tylko ze względu na rywalizację, ale także, a może nawet głównie, ze względu na to co na ową rywalizację wpłynęło. Troszkę to przykre, że w obecnym sezonie więcej się mówi o tym co dookoła rywalizacji, niż o niej samej – nie uważacie?

Wracając jednak na Silverstone. Sam wyścig pokazał w sumie same smutne rzeczy. Czemu smutne? Bo zwiastujące powrót do starego układu sił, który myślę, że już nas wszystkich zaczął nudzić. Nie to, żebym zabraniał Vettelowi i RBR królować kolejny sezon. Po prostu mówię o obrazie obecnej rywalizacji w F1 z punktu widzenia kibica.

Także RBR z Vettelem znów zaczynają rządzić i gdyby nie usterka Sebastian znów oddaliłby się od konkurentów w klasyfikacji mistrzostw świata. Kolejną smutną rzeczą jest wniosek jaki się nasuwa patrząc na formę Mercedesa: nielegalne testy, które przeprowadzili, dały im OGROMNE zyski, nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Bolid praktycznie z wyścigu na wyścig z najbardziej oponożernego stał się jednym z najmniej łapczywych na ogumienie, co jak wszyscy wiemy, jest praktycznie niemożliwe w normalnych warunkach. Przykre jest więc to, że jeśli jakiś zespół chwilami znów zaczyna dotrzymywać kroku RBR to czyni to dzięki nielegalnym manewrom, za które nawiasem mówiąc, kara była śmieszna. Idąc dalej smutnym widokiem jest forma Ferrari, gdzie Fernando Alonso znów dokonuje cudów, podczas gdy zespół startując w obecnym sezonie z lepszym o dwie klasy bolidem, niż w roku minionym, obecnie jest dokładnie w tym samym miejscu co rok temu, jeśli nie dalej. Czerwoni mają zdecydowany problem ze skutecznym rozwijaniem bolidu w trakcie sezonu i to już nie po raz pierwszy. Rok temu zespół się zmobilizował by bolid w ogóle zaczął jeździć, po czym dali sobie spokój z robotą. W tym roku wygląda to jakby po GP Hiszpanii stwierdzili, że już mają taką przewagę, iż mogą iść na urlop. Alonso i Ferrari wydawało się duetem idealnym. Tymczasem, przy całym moim uwielbieniu dla tej marki, mam chwilami wrażenie, że to talent i zacięcie jednej osoby, ciągnie cały zespół do przodu.

Jedna usterka nie zatrzyma Vettela w marszu po tytuł.

Za ich plecami również do starej sytuacji wraca Lotus. Zarzekają się, że tak nie jest, ale znów widać, że po starcie ze świetną konstrukcją potem po prostu brakuje pieniędzy na rozwój i zabawa się kończy. Do tego dochodzi sprawa prawdopodobnego przejścia Raikkonena do Red Bull Racing po tym sezonie, na miejsce Webbera. Co się będzie działo potem z Lotusem, jeśli nie znajdą się pieniądze od sponsorów, nawet nie chcę myśleć. W tym wszystkim miło chociaż popatrzeć na Force India i STR, które to zespoły dzielnie, małymi kroczkami i z widoczną pasją do tego sportu, powolutku wykonują swoją mrówczą pracę i gdzie się tylko da w ramach ich możliwości, zmniejszają stratę do czołówki i wykorzystują swoją szansę. Do czołówki, gdyż McLaren niestety zdaje się, że w tym sezonie już definitywnie z niej wypadł. Kolejny z wielkich, legendarnych, chciałoby się powiedzieć klasycznych wręcz dla F1 zespołów, które mają problemy. Czyżby nadciągała zmiana warty w ścisłej czołówce? Nie mówię o wycofaniu się gigantów, ale o wyprzedzeniu ich przez zespoły nowego pokolenia, jak to już od kilku lat pokazuje Red Bull Racing?

Zdecydowanie zbyt częsty widok ostatnimi czasy.

Na koniec sprawa, o którą właściwie cała analiza wyścigu powinna się rozbić. Opony. To co się działo w wyścigu na Silverstone było istną kpiną. Teraz Pirelli wydało oświadczenie o winie zespołów. Kierowcy dla odmiany grożą bojkotem (który się nie wydarzy – to już możemy powiedzieć), jeśli sytuacja się powtórzy. Gdzie jest wina? Nie, nie jest pośrodku. Winne nie są zespoły, które uprawiają ekstremalną dyscyplinę sportu i oczekują, że ich sprzęt będzie do tak ekstremalnych wyzwań gotowy. W minionych latach inżynierowie „bawili” się naprawdę skrajnymi wartościami ciśnień i kątów geometrii zawieszenia i w 95% przypadków opony to wytrzymywały. Tymczasem tu, na klasycznym torze znanym od lat, w różnych zespołach o różnych podejściach, w tym samym miejscu obciążającym opony bodaj jako jedno z najgorszych w kalendarzu, wszyscy mieli podobne uszkodzenia. Wina zespołów, które preferują inne ustawienia, a ich bolidy i kierowcy różnie traktują opony? Wina Pirelli? Czy może wina osób, które podpisały kontrakt z Pirelli i zaczęły wymagać od firmy papierowych opon, które „uatrakcyjnią” rywalizację? Dlaczego nikt nie patrzy na te osoby? Pirelli ma stawiane wymagania i musi im sprostać. Najłatwiej zwalić winę na, nazwijmy to, podwykonawcę, siedząc sobie wygodnie za biurkiem. Pamiętajcie jednak – to że do produkcji bomby ktoś wykorzysta sznurówkę Adidasa, nie oznacza, że to Adidas jest temu winny. Tak samo jest z tymi oponami, które noszą logo Pirelli.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *