Czerwoni dalej rządzą

„Wystawa” w muzeum Ferrari w Maranello.

Generalnie przez moje wypowiedzi wiele osób klasyfikuje mnie jako fana Alonso, przynajmniej jeśli chodzi o F1. Oczywiście na nic zdają się tłumaczenia, że jestem ogromnym fanem Ferrari, nawet nie jako zespołu wyścigowego, ale jako marki, fabryki, filozofii i historii. Dzisiaj więc postanowiłem nabazgrolić coś na uzasadnienie mojego uwielbienia i, być może, was także przekonać. Jeśli nawet nie przekonam, to chociaż zapraszam do dzielenia się swoimi „bóstwami” motoryzacyjnymi. Każdy w końcu ma jakieś powody prawda?

Zacznijmy od odwołania się do mojego niedawnego wpisu o kolorach wyścigowych. Tak – Ferrari jest jedyną marką tak kultywującą po dziś dzień swoją historię i wyścigowe dziedzictwo. Robi to bardzo prosto, czyli przez krwistą, wyścigową czerwień w jakiej zawsze prezentowane są auta tej marki. Oczywiście możliwy jest też zakup w innym kolorze, ale to zawsze czerwone Ferrari jest tym, które fabryka pokazuje światu i które jest dla nich wzorcowe. Poza tym nie wiem czy wiecie, ale jeśli chcecie sobie dowolnie skonfigurować swój pojazd, czyli użyć materiałów i kolorów jakie sobie wymyślicie (a jest taka możliwość), to nad waszymi poczynaniami będzie czuwał delegat/stylista Ferrari, który nie pozwoli wam na skonfigurowanie czegoś uwłaczającego dziedzictwu firmy. Innymi słowy jeśli zamówicie różowe LaFerrari z jaskrawo zielonym wnętrzem to owy Pan przyjdzie, puknie się w głowę i powie „wypad”. Tak, są zdaje się jakieś wyjątki, ale to margines marginesów, a 99.9% Ferrari których zdjęcia możecie znaleźć w sieci, a które jakoś strasznie wyglądają, są to przeróbki firm zewnętrznych, do których oryginalna fabryka się nie dotknęła i nie zamierza.

Najbardziej niedoceniona seria limitowana. Czemu? Nie wiem.

Niektórzy zarzucają Ferrari, że z fabryki samochodów stało się fabryką długopisów i spinek do krawatów. Cóż jeśli w jednym sektorze nie pozwala się na ustępstwa, to w innym trzeba to sobie odbić. Z drugiej strony niezbyt to rozumiem – mam kilka gadżetów Ferrari i były tak cholernie drogie, że nawet mimo iż nie stać mnie na taki samochód, ledwie uzbierałem na nie, a jakością tymże autom nie ustępują. Poza tym, która marka obecnie tak nie robi? Nad łóżkiem mam po dziś dzień ogromny plakat z F430 kupiony w muzeum Ferrari w Maranello, w którym miałem okazję być, a pewnie znajdziecie i zdjęcia z tej wycieczki we wpisie. Także mi to całe „gadżetowanie” nie przeszkadza.

Model 275. Między motoryzacją, a sztuką.

A propos F430. Kiedyś słyszałem, że to Ferrari dla ubogich (już sama zbitka słów jest dla mnie śmieszna), ale według mnie jest to jedno z najlepszych aut w nowożytnej historii firmy. Jest kwintesencją tego o co chodzi w Ferrari. Wyścigowych korzeni i osiągów, a przy tym wszystkim stylu, ale nie wynikającego z przepychu, a prostoty. Bez udziwnień i kombinacji. Prosta bryła, która jednocześnie zachwyca. Nie wiem czy mieliście kiedykolwiek okazję stać obok albo jechać, choćby jako pasażer takim pojazdem. Wrażenie robi ogromne, jak każde Ferrari z resztą. Nie wiem na czym to polega, ale wśród wszystkich ekskluzywnych pojazdów jakie miałem okazję widzieć, czy mieć z nimi kontakt, to właśnie Ferrari zawsze zapada w pamięć. Przy czym jest w tych autach zawsze silny przekaz emocjonalny. Coś więcej niż zachwyt nad technologią w nich upchaną, więcej niż cmokanie na wygląd. Siedząc w nich ma się wrażenie, że wszystko tam jest dla Ciebie. Wszystko jest dla kierowcy, wszystko jest dla twojej frajdy. Prawdziwy wybuch emocji i uśmiechu na twarzy każdego faceta to jednak moment, kiedy odpala się silnik. Ferrari w ruchu to jest dopiero to. To nie są pojazdy sprawdzające się jako eksponaty, choć często zachwycają samym wyglądem. To są potwory z krwi i kości, a przy tym wszystkim zupełnie bezsensowne i tragicznie bezużyteczne zabawki, które z każdego mężczyzny robią gówniarza wyszczerzonego od ucha do ucha.

Moja obecna, czerwona miłość.

Jasne, że są pojazdy robiące z ludźmi coś podobnego jak np. Mazda MX-5. Ferrari robi to jednak na swój, unikalny sposób i żadna marka tego nie podrobi. Ani Aston Martin, również genialny, ale w zupełnie innej formie, ani Audi będące motoryzacyjnym odpowiednikiem zegarka Casio, czy Mercedes będący odpowiednikiem jakiegoś bardziej luksusowego zegarka. Lotus, też zabawki, ale nie mające tej zdolności zwalania człowieka z nóg. Tak naprawdę jedyne auta robiące na mnie podobne wrażenie to auta stricte wyścigowe, choć one są często jeszcze bardziej poważne.

Odrobinka dziedzictwa na barkach.

To chyba dobitnie świadczy o tym, że coś się Panom z Ferrari udaje. Udaje im się kultywowanie tradycji i ciągnięcie dalej niesamowitej historii o facecie, który kochał się ścigać i robił to z, tak charakterystycznym dla Włochów, stylem. Udaje im się trzymanie przy sobie myśli ludzi i dzieciaków żyjących w każdym z nas. Marzących o swoim własnym, krwisto czerwonym, pojeździe stojącym pod domem.

Po prostu Ferrari.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *