Całkiem zwyczajny wyścig, z nadzwyczajnymi skutkami

Jeden z ciekawszych i bardziej malowniczych torów.

Czas na spóźnione (wybaczcie – sesja nie wybiera), krótkie podsumowanie ostatniego wyścigu Formuły 1 rozegranego w Kanadzie, w miniony weekend. Problem w tym, że tak na dobrą sprawę, niezbyt jest co komentować. Wszystko to dlatego, że wyścig, niestety, przebiegał wedle bardzo dobrze znanych nam schematów, których nauczyliśmy się obserwując rywalizację o tytuł Mistrza Świata, przez ostatnie trzy lata. Jeśli nie zniechęciłem was jeszcze dostatecznie do czytania, to zapraszam dalej 😉 .

Niestety inaczej wyścigu na torze imienia Gilles’a Villeneuve’a podsumować się nie da. Uciekający z Pole Position Vettel, wychodzący ze skóry Alonso, goniący Niemca po mniej udanych kwalifikacjach, Lotus który pomimo świetnego bolidu zaczyna odstawać przez brak funduszy na rozwój i Webber nie dotrzymujący kroku trzykrotnemu mistrzowi świata. Gdzieś już to wszystko widzieliśmy prawda?

Dalej, na szczęście, jest ciekawiej. Bardzo dobrą jazdą popisał się Jean-Eric Vergne. Force India po raz kolejny potwierdziło, że dysponuje w tym roku dobrym bolidem, jednak w dalszym ciągu jest ciut za daleko przez większość sezonu by pogrozić palcem czołówce. No i Bottas, który sensacyjnie wysoko dopchał się swoim Williamsem w kwalifikacjach, jednak nawet to nie wystarczyło niestety bo dowieźć punkty.

Vettel w typowej dla siebie roli.

Red Bull może uznać ten weekend za kolejny perfekcyjny wyścig w swoim wykonaniu. Vettel po starcie z PP mógł uciekać innym rywalom bez konieczności wyprzedzania i jechać swoim tempem, czyli coś do czego bolid Byków jest stworzony. Dla odmiany Ferrari znów przegrało walkę o zwycięstwo już w kwalifikacjach, w wyścigu pokazując (także w wykonaniu Massy) jak szybki bolid mają i jak wiele tracą przez słabe ustawienie na starcie. Koniecznie muszą to poprawić inaczej nawet bolid z genialnym tempem wyścigowym nie pozwoli im stanąć na drodze kolejnych zwycięstw Vettela.

Sprawa Mercedesa jest w dalszym ciągu, niestety, kontrowersyjna. Zdaje się bowiem, że nagle bolid był elementem cudu, i srebrne cacko przestało pożerać opony. Ba! Konsumuje je nawet wolniej niż bolidy Red Bulla, a trzeba pamiętać, że mówimy o porównaniu z bolidem prowadzonym przez Lewisa Hamiltona, który do kierowców potrafiących wybitnie dbać o opony raczej nie należy. Przypadek? Taaaaaaa… Niestety w tym roku chyba nie będę już potrafił patrzeć na wyniki kierowców Mercedesa bez niesmaku. Wybaczcie.
Lotus tymczasem zaczyna popadać w swój stary schemat braku funduszy na rozwój. Chciałbym się jednak mylić i są ku temu przesłanki, gdyż zespół twierdzi, że po prostu pakiet aerodynamiczny przywieziony do Kanady nie działał od początku i taka wpadka może się zdarzyć. Oby nie powtórzyła się już nigdy więcej w takim razie bo przykro byłoby patrzeć po raz kolejny na zmarnowany potencjał tak dobrego bolidu i zmarnowane starania takiego kierowcy jak Raikkonen.

Mclaren natomiast cóż, chyba najlepiej jakby skupił się już na przyszłorocznym bolidzie. Wątpię by tegoroczny mógł jeszcze cokolwiek osiągnąć, choć rozumiem też, że zespół o takiej renomie nie może sobie pozwolić na sytuację, kiedy pod koniec sezonu jego bolidy będą walczyć z np. obecnym pojazdem Williamsa. Przyznam szczerze, że jestem zawiedziony tegoroczną postawą brytyjskiego zespołu. Nie mówię tu o samym bolidzie, lecz o ekipie. Zawsze uważałem McLarena za świetnie zorganizowany zespół, działający systematycznie, znormalizowanie i płynnie jak najlepszy zegarek. Jako ostoję czystej inżynierii i precyzyjnego dążenia do celu. Tymczasem to Ferrari, włoska ekipa, czasem działająca niechlujnie, czasem po łebkach, czasem nie robiąca nic, a czasem za mało, potrafiła sobie poradzić w minionym roku z niemal identycznymi problemami, w walce z którymi McLaren właśnie poległ. Tak – poległ bo kiedy jesteśmy już niemal na półmetku sezonu jakiekolwiek cudowne ozdrowienia nie dość, że nic nie zmienią, to nie mają sensu jeśli chodzi o poświęcony na nie czas i środki. Przykre, ale prawdziwe.

Czy aby na pewno Jenson?

Być może ciekawiej niż na torze było poza nim. Tam bowiem oprócz dyskusji o testach Mercedesa i Ferrari (które, nawiasem mówiąc, zostało już uniewinnione, co wydawało się oczywiste), toczyła się też już standardowa dyskusja o oponach. Co ciekawe tym razem głosem krytyki w sprawie opon był też wyraźnie Sebastian Vettel, który miał ku temu wyraźne powody, szczególnie po wygraniu wyścigu(!). Dobrze się jednak stało, gdyż dziś właśnie ktoś w Pirelli pokazał, że ma cohones i tym samym firma ogłosiła, że nie planuje zmian w konstrukcji opon do końca sezonu, w związku z brakiem zgody co do tej kwestii wszystkich zespołów. Poprawione zostaną za to podobno procesy wulkanizacji by uniknąć kolejnych przypadków delaminacji opon, czyli sytuacji, kiedy widzieliśmy odpadający cały pierścień gumy bieżnika, czy raczej jego braku w oponach typu slick. Dobrze? Bardzo dobrze. Chociaż ten element rywalizacji fair nie zostanie zachwiany. Tym niemniej na odkupienie win za sytuację z Mercedesem Pirelli raczej nie powinno się nastawiać, a nieco to tak wygląda.

Nie można nie wspomnieć o przykrym zdarzeniu pod koniec weekendu. Podczas usuwania z toru bolidu Gutierreza pod koła dźwigu dostał się jeden ze stewardów. Niestety w wyniku odniesionych obrażeń zmarł. Jest to koszmarne przypomnienie o tym, że niebezpieczeństwo czyha zawsze i wszędzie, często najgroźniej jest właśnie w tych miejscach, gdzie się tego najmniej spodziewamy, i gdzie czujemy się najbardziej bezpiecznie. Pamiętajcie o tym dla bezpieczeństwa siebie i innych. Zawsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *