Arabskie, pechowe szczęście

Mark Webber w Abu Dhabi zaliczył żenujący występ.

Tytuł tego posta jest chyba najlepszym podsumowaniem minionego wyścigu w Abu Dhabi. Jak nigdy wcześniej widoczne było jak szczęście innych jest pechem ich konkurencji by potem znów obrócić się i zmienić losy rywalizacji. Co ciekawe zachwycone tym pseudo ściganiem były nawet najbardziej znane nazwiska jeśli chodzi o polskich obserwatorów F1, nazywając wyścig pierwszym ciekawym na tym torze, co mnie nieco zszokowało. Ja mam na ten temat zgoła inne zdanie, ale cóż, każdy ma prawo wydawać własne sądy. Najważniejszym jednak w tym wszystkim jest fakt, że dla nas, kibiców ten wyścig przeciągnął zaciętą rywalizację o tytuł mistrza świata, co powinno uatrakcyjnić końcówkę sezonu.

Decyzja sędziów, a właściwie kara nałożona na Vettela po kwalifikacjach, była na szczęście bezdyskusyjna w świetle przepisów regulaminu, co pozwoliło uniknąć niepotrzebnych kontrowersji. Brak odpowiedniej ilości paliwa lub brak możliwości jego ściągnięcia po kwalifikacjach równy jest dyskwalifikacją z nich. Paliwa podobno była wystarczająca ilość, ale nie dało się jej pobrać bez rozbierania bolidu, co jest wbrew regulaminowi. Cóż, widać nawet projekty Adriana Neweya mają swoje wady. Tym niemniej zakończyło się na dyskwalifikacji i starcie z końca stawki co zespół zamienił na start z pitlane, gdyż to umożliwiało mu dokonanie zmian w ustawieniach bolidu przed wyścigiem. Na forach internetowych już huczało w tym momencie od zapowiedzi “zobaczycie jutro jak wyprzedza mistrz świata!” odpowiadających na zarzuty, że Vettel żadnym mistrzem wyprzedzania nie jest. Z całym szacunkiem dla Vettela, którego jako człowieka lubię, choć jestem znudzony jego zwycięstwami, ale nie ma co ukrywać, że typem ideału jeśli chodzi o bezpośrednią walkę na torze to on nie jest. Wyścig w Abu Dhabi niestety nic w tym temacie nie zmienił.

Hamilton zadowolony po kwalifikacjach, a wyścig…

Pech Vettela miał być szczęściem Alonso, jednak w wyścigu szybko wszystko odwróciło się i pech innych stał się szczęściem Vettela. Dwa wyjazdy samochodu bezpieczeństwa nie tylko zniwelowały przewagę jaką wyrabiał sobie Alonso, ale pozwoliły Vettelowi na wyprzedzenie całej stawki przy użyciu przycisku “push tu pass” (nie wiem czemu skrót od niego to DRS…) i ukończenie wyścigu za Alonso. Dla Niemca wyścig miał najlepszy przebieg po starcie jaki mógł mieć, poza odpadnięciem Alonso oczywiście. Mimo to nie uważam, że Vettel pojechał jakiś wybitny wyścig. Jechał swoim tempem, używał DRSu by mijać przeciwników, co nie ma nic wspólnego z wyprzedzaniem, a co zlikwidowało instytucję wyprzedzania w F1, a ponadto parę razy wykonał kilka nieodpowiedzialnych manewrów, które tylko pokazały, że niezbyt dobrze odnajduje się na torze podczas bezpośredniej walki, a które szczęśliwie dla niego zakończyły się tylko drobnym uszkodzeniem skrzydła.

Podobnie pech Hamiltona okazał się szczęściem Raikkonena, który wygrał swój pierwszy wyścig w nowych barwach i po powrocie do F1. Poza jego, legendarnymi już, komentarzami i odpowiedziami, którymi cieszy się cały światek, trzeba w nich dostrzec pewną prawdę. To nie Raikkonen wygrał, ale Hamilton przegrał. Oczywiście niezawodność, też jest elementem rywalizacji, ale nie można udawać, że Lotus jest obecnie szybki na tyle by wygrywać. Vettel daleko z tyłu i awaria McLarena sprzyjały zwycięstwu, bez tej pomocy nie byłoby ono możliwe. Także w kwestii Lotusa nie widzę powodów do odtrąbienia rewolucji, co niektórzy już uczynili.

Wypadek tym razem na konto Pereza.

Czas przyjrzeć się więc dwóm największym, przynajmniej dla mnie, postaciom tego wyścigu. Może nie tyle największym, ale najciekawszym. Hamilton, którego decyzję o przejściu do Mercedesa tak krytykowałem, zyskuje w moich oczach uznanie i zrozumienie. Oto McLaren znany ze swojej stałej, równej formy i niezawodności gdzieś zagubił wszystkie te cechy, o czym pisałem już pół roku temu. Trzeba zdawać sobie sprawę, że kierowca będący w zespole widzi i wie więcej od nas. Być może Lewis dostrzegł co się dzieje w McLarenie i stwierdził, że lepiej przejść do zespołu, który się zmienia i ma szansę na postęp, niż być w zespole, który raczej powoli zaczyna lecieć w dół? Pewnie nigdy się nie dowiemy. Skoro już jednak wiemy, że widzimy ułamek tego co się dzieje w zespołach pora przejść do drugiego, negatywnego bohatera tego wyścigu. Mark Webber oficjalnie powinien zostać uznany świętą krową wyścigu w Abu Dhabi. Spowodowanie dwóch niebezpiecznych sytuacji na torze, plus niebezpieczny na niego powrót zakończyły się bez kary. Dla mnie to paranoja.
Spróbujmy jednak spojrzeć na sprawę z innej strony. Tej złej, spiskowej. Dawno nie widziałem Webbera jadącego w tak głupi i nieprzemyślany sposób. Wykonywał manewry, jakby chciał ich próbować ze wszelką cenę, bez względu na ewentualne skutki. Nie twierdzę, że doprowadził do tych sytuacji celowo, ale być może miał w głowie, że każdy wyjazd samochodu bezpieczeństwa pomoże Vettelowi. W końcu zespół ostatnio traktuje go niemal jak dzidziusia wspominając w każdej wypowiedzi “jaki to on jest inteligentny, że pomoże Vettelowi”. Kpina z kierowcy i jakiegokolwiek jego poczucia własnej wartości. Także jeśli to co my widzimy jest jedynie ułamkiem tego, co dzieje się w zespole trzeba sobie zadać pytanie: kiedy Webber straci nerwy i zacznie cenić swoje ambicje i honor ponad możliwość bycia popychlem w najlepszym bolidzie w stawce? Bardzo mnie to ciekawi.

Sam wyścig? Słaby poziom, brak wyprzedzań, jedynie mijanie, zamiast dobrej jazdy głupie manewry, kończące się kraksami. To jest F1? Tym się tak ekscytujemy? Jeśli tak to ostatnie lata bardzo zaniżyły nasze wymagania i zmieniły pojęcie o dobrym ściganiu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *