Powiedzmy, że renesans

Lewis Hamilton podczas GP Europy na torze w Walencji.

Obecny sezon Formuły 1 chwalony jest za swoją nieprzewidywalność, wyrównaną walkę i ilość wyprzedzań po kilku jego wyścigach, jakiej nie mieliśmy w paru minionych sezonach razem wziętych. Doszło do tego, że w miniony weekend byliśmy świadkami jednego z najciekawszych wyścigów ostatnich lat na torze, który jest zaliczany do najnudniejszych i najgorszych z punktu widzenia widza, jakie mamy w kalendarzu królowej motorsportów.
Od razu znajdują się oczywiście autorzy owego sukcesu, a przynajmniej osoby zbierające pochwały za obecny stan rzeczy, a są nimi oczywiście osobniki pokroju tego o inicjałach BE. Tymczasem to co się dzieje wcale nie jest ich zasługą, mało tego ostatni, tak ciekawy wyścig, jest tego wyśmienitym dowodem, tak jak jest i dowodem na to, że sytuacja powoli wraca do normy.

Zacznijmy od pewnego przypomnienia. Otóż współczesna Formuła 1 jest, była i będzie po pierwsze maszynką do zarabiania pieniędzy, a dopiero potem sportem. Niby to oczywiste, ale warto przypomnieć w kontekście tego co zaraz napiszę. Otóż każdy zarabia pieniądze w taki sposób jak chce i w takich kręgach w jakich sam chce się obracać. Prawda? No to teraz przypomnijcie sobie obrazki z wyścigu w Walencji. Pamiętacie jakieś trybuny? Jedną? Dwie? Może trzy? Poza tym widzieliście jakichkolwiek kibiców poza właścicielami jachtów w marinie obserwującymi zmagania z ich pokładów lub opalonymi blondyneczkami wyglądającymi z basenów ulokowanych na dachach luksusowych hoteli? Nie. Pamiętacie może GP Chin i wiecznie zasłoniętą napisem ogromną trybunę na zakręcie 13.? Zasłoniętą bo zapełnienie jej chętnymi zdaje się nigdy nie było o prostu możliwe.

GP Chin. W tle wiecznie zakryta ogromna trybuna na zakręcie trzynastym.

Teraz przypomnijcie sobie pełne trybuny na torach takich jak Spa, czy Silverstone. Ba! Trybuny to mały pikuś w porównaniu z tym, ilu ludzi jest na tzw. trawce. Jaka jest różnica? Ot bardzo prosta. Pierwsze dwa wymienione tu tory są nowe, natomiast kolejne starsze. Nowe idealnie prezentują politykę zarządu F1 i gdzie ona zmierza. Zmierza do pieniędzy i to niestety najprostszą możliwą drogą, z pominięciem tego, że F1 to sport i powinien pozostać nim tak dla widzów jak i uczestników. Z pominięciem tego, że to globalne wydarzenie, a nie zabawa dla kilku miliarderów, którzy pchają właścicielom kasę do kieszeni bo liczy się prestiż, a to co na torze ich tak naprawdę nie interesuje.

Kolejny przykład? DRS. Wszyscy narzekali na to, że od wielu lat w Formule 1 brakuje wyprzedzań. Co więc zrobiono? Nie zastanawiano się czemu tak jest, tylko tak naprawdę zlikwidowano “instytucję” manewru wyprzedzania. Teraz nie można się bronić, nie ma po co atakować. Dojeżdża się do prostej, klika magiczny przycisk i kierowca nie ma żadnych szans się obronić. Gdzie tu sprawiedliwość i sportowy duch walki? Gdzie poszanowanie umiejętności kierowcy? Czemu pomaga się goniącemu? Cóż chcieliście wyprzedzania, to macie! Nikogo nie obchodzi natomiast już to, że to tak naprawdę jest mijanie i DRS zabija walkę na torze i manipuluje wynikami. Nic poza tym niestety.

Duma rozpiera właścicieli F1, że nagle mamy tak ciekawy sezon. Oczywiście dzięki ich genialnym decyzjom. Oczywiście dzięki temu, że po kilku latach dominacji Red Bull Racing zdecydowano, że zespół i Vettel nie są już pupilkami (jak kiedyś Hamilton) i trzeba ich ukrócić, żeby zaczął wygrywać ktoś inny. W związku z tym tegoroczne zmiany w regulaminie technicznym przed sezonem jak i w trakcie upływają głównie pod znakiem “tępimy RBR”. Jasne.

Zespół Ferrari szczęśliwy po zwycięstwie Alonso w Walencji.

Powiecie, że i tak mamy więcej walki i zmian w stawce. Nie tylko dzięki DRS. Prawda. Jednak co jest tego przyczyną? Znów regulamin. Regulamin, który w chwili obecnej zbliża F1 coraz bardziej do serii monotypowej, gdzie wszystkie bolidy są identyczne. Niby to wyrównuje szanse kierowców, ale od tego są serie z założenia monotypowe, podczas gdy w królowej motorsportów chodzi o coś zupełnie innego. Poza tym być może czysty przypadek sprawił, że w tym roku wiele zespołów zrobiło po prostu dobre bolidy, ot taki zbieg okoliczności.

Wreszcie ostatni “sprawca” zaistniałej sytuacji. Opony. Niech mi ktoś proszę spróbuje wmówić, że to działanie celowe. Pirelli dostarczyło opony, których zachowania nie rozumieją nie tylko zespoły, ale jak ktoś mądrze powiedział, również sami ich twórcy. Stąd ciągły zamęt i niejasne sytuacje, nagłe zmiany tempa, czy wręcz błędy kierowców. Z resztą Fernando Alonso w ostatnim wywiadzie wspomniał o tym, że taki układ walki na torze frustruje kierowców i zespoły bo tak naprawdę nikt nie wie do końca co się dzieje, a wynik wyścigu jest sumą przypadków, a nie zasługą konkretnych decyzji i pracy.

Czy jednak aby na pewno tak pozostanie? Moim zdaniem nie. Najlepszym tego dowodem jest ostatni wyścig, a nawet kilka ostatnich. Adrian Newey powoli znów znajduje swoje miejsce w przepisach nowego regulaminu. Zespoły powoli zaczynają rozumieć zachowanie opon i ich współpracę ze swoimi bolidami. Świetnie to widać na przykładzie Lotusa, który oszczędza opony, ale by z kolei móc ich dobrze użyć potrzebuje wysokich temperatur asfaltu. I tak w ostatnim wyścigu, gdyby nie przypadkowe awarie, znów mielibyśmy zapewne na czele Vettela, za nim Lotusy i Ferrari, które powoli dogaduje się ze swoim samochodem. Massa w końcu też nieźle jechał, nie on zawinił tym razem. Patrząc na ostatnie wyścigi z resztą widać to wyraźnie. W czołówce Ferrari, głównie Alonso, Hamilton, Lotusy, teraz podgonił Red Bull po ukróceniu jego zapędów przez regulaminy. Takie to wszystko nieprzewidywalne i zaskakujące?

Ojjj nie sądzę…

One thought on “Powiedzmy, że renesans

  • Czerwiec 27, 2012 at 9:07 am
    Permalink

    Najnudniejsze, moim zdaniem, wyścigi były zawsze w Barcelonie. Wyprzedzanie prawie niemożliwe, jak wystartowali to tak dojeżdżali do mety. Zazwyczaj przysypiałem mniej więcej w połowie dystansu. Ale w tym roku było świetnie. To samo Walencja. Od startu do mety coś się działo.
    Zgadzam się z Tobą, że taki "wyrównany" stan długo nie potrwa i że dużo rzeczy jest dziełem przypadku. Jestem jednak zwolennikiem zmian na lepsze, może nawet i tych pozornych. Cieszy mnie, że Force India, Sauber czy Williams punktują regularnie a nie wleką się zdublowane na końcu stawki. Przenudziłem się przez kilka lat (2000-2005) kiedy Ferrari dominowało a podium prawie zawsze wyglądało tak samo.
    DRS sam w sobie też nie jest złym pomysłem i wiesz dobrze, że nie na każdym torze ułatwia wyprzedzanie. Pamiętasz wyścigi bez DRS kiedy nawet szybszy kierowca nie mógł wyprzedzić na prostej wolniejszego bolidu ze względu na problemy aerodynamiczne w "tunelu" za bolidem? Może DRS to nie idealne rozwiązanie, może przydałoby się zmienić jakoś aerodynamikę bolidu ale lepsze takie niż żadne. Poza tym kij ma dwa końce. Jeśli jeden kierowca wyprzedzi drugiego na prostej z pomocą DRS to ten drugi już na następnym okrążeniu może się zrewanżować tym samym, nie?

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *