Historia… nieco bez historii, czyli słowo o Le Mans 24h 2012

Jeden z magicznych momentów wyścigu. Zmierzch nad Le Mans.

Żywa legenda, jedna z najważniejszych imprez w kalendarzu motorsportów w ogóle. Dla tych, którzy dali się wciągnąć w magię tego wydarzenia to coś zdecydowanie więcej. Coś co się przeżywa, a nie tylko kibicuje, czy ogląda. W miniony weekend odbyła się właśnie jubileuszowa, osiemdziesiąta edycja tego wyścigu. Jak co roku nie potrafiłem sobie odmówić i śledzić wyścigu niemal w całości poświęcając swój sen i odpoczynek by móc przeżywać wyścig i czuć jego niepowtarzalną atmosferę w każdej chwili. Po takim seansie, czas więc na kilka słów podsumowań, relacji i własnych wniosków.

Nigdy nie ukrywałem, nie ukrywam i nie będę ukrywał, że jestem maniakiem i oddanym fanem tego wyścigu. Ma on w sobie coś niesamowitego. Ma magię, ma tą heroiczną walkę człowieka i maszyny z przeciwnościami losu. Niezależnie od warunków, pogody, tłoku i innych trudności. Ma coś co pozwala go stawiać ponad “normalnym” wyścigiem i tworzy z niego przeżycie.

Tegoroczna edycja miała upłynąć, niestety dla kibiców, pod znakiem totalnej dominacji Audi. Rzeczywiście tak było, przynajmniej na mecie, jednak na szczęście mieliśmy sporo ciekawych wydarzeń na torze, a w innych klasach walka o pozycje na podium trwała dosłownie do ostatnich okrążeń.

Kompletnie zniszczona Toyota nr 8 po wypadku z udziałem samochodu niższej klasy.

Audi miało jednak w tym wyścigu rywala i była nim Toyota. Nikt na nią nie liczył, nikt nie liczył na wynik zespołu, który pojawia się na torze z zupełnie nową i w dodatku innowacyjną konstrukcją. Mimo to tempo Toyoty zaskoczyło. Japoński zespół przypuścił atak pod koniec kwalifikacji i miny w obozie Audi świadczyły o jednym – konsternacji i poważnym zaskoczeniu. Oto zupełnie nowy samochód dotrzymuje tempa genialnym i niezwyciężonym, niemieckim konstrukcjom.

Audi jednak pozostawało pewne swego bo wyścig trwający całą dobę rządzi się swoimi prawami, dobrze znanymi zespołowi pod kierownictwem Wolfganga Ulricha. Czas pokazał, że mieli rację. Mimo świetnego tempa i bezawaryjnej jazdy, a nawet objęcia prowadzenia w wyścigu przez Toyotę żaden z pojazdów tej marki nie dotrwał nawet do półmetka wyścigu. Jeden uległ potężnemu wypadkowi w wyniku błędu kierowcy samochodu niższej klasy, a drugi został uszkodzony przy kraksie z innowacyjnym DeltaWingiem co ostatecznie doprowadziło do wycofania się obu pojazdów.
W innych klasach walka trwała natomiast aż do ostatnich chwil. W GT Pro Aston Martin znów miał niepowtarzalną szansę na wygranie. Znów jednak po świetnym początku wyścigu coś się stało, gdzieś spadło tempo, gdzieś pojawiły się błędy. Tak niestety Le Mans wygrać się nie da. Wygrało natomiast AF Corse po niesamowitym weekendzie zmiennego szczęścia w zespole. Otóż dzień przed wyścigiem Giancarlo Fisichella kompletnie rozbił Ferrari 458 Italia swojego zespołu. Kraksa była tak poważna, że uszkodzeniu uległ monokok. W drodze wyjątku sędziowie pozwolili na jego wymianę co oznaczało konieczność sprowadzenia nowego w ciągu nocy (dwóch kierowców jechało non-stop 1200km z transportem) i odbudowę samochodu praktycznie od zera. Udało się. Samochód był gotowy na ostatnią godzinę kwalifikacji. Kierowcy przystąpili więc do wyścigu z bardzo małą ilością treningu, przejechanych okrążeń i bez dopracowanych ustawień. Mimo to od początku wyścigu trzymali świetne tempo by ostatecznie wygrać. Wyczyn godny odnotowania, szczególnie postawa mechaników. Auto odbudowane przez nich naprędce od zera wytrzymało całą dobę ścigania bez żadnej usterki. Niesamowite wprost.

Późniejsi zwycięscy w trakcie deszczowej sesji Warm Up.

Nie dojechał DeltaWing, czyli najbardziej innowacyjny pojazd w stawce. Nie dojechał nie ze swojej winy, gdyż został wypchnięty przez Toyotę prowadzoną przez Nakajimę w czasie dublowania. Wypadek wyścigowy, jednak do tego czasu pojazd jechał bez większych problemów. Szczerze polecam bliższe zapoznanie się z tą konstrukcją bo im więcej się o niej wie tym bardziej niesamowita i innowacyjna się ona wydaje. Zupełnie nowe podejście do aerodynamiki? Brak skrzydeł, dziwny balans, przód samochodu o szerokości 60 cm i ekstremalny downsize’ing? Wszystko to znajdziemy w DeltaWingu. Brawa dla konstruktorów i projektantów za odwagę.

Wypadek Toyoty znów rozpoczął dyskusję o słuszności jazdy prototypów z wolniejszymi samochodami GT. Znów jednak dyskusja idzie w złym kierunku, gdyż moim zdaniem to nie samochody są winą, lecz kierowcy. Rok temu mieliśmy dwa naprawdę niesamowicie groźne wypadki z udziałem Audi spowodowane przez amatorów w autach GT. W tym roku powtórzyło się to z Toyotą. To nie samochody skręcają, lecz kierowcy i wina jest po ich stronie, a czemu się dziwić skoro do najtrudniejszego wyścigu jaki można sobie wymyślić dopuszcza się amatorów?

Noc w Le Mans 24h oznacza nadejście prawdziwej chwili próby.

Nie ukrywam, że jako fan chciałbym widzieć nieco więcej walki o czołowe lokaty niż w tym roku. Nie można jednak do Audi mieć pretensji, że są tak dobrzy, ani do Toyoty, że im w tym roku nie wyszło. Pokazali, że już teraz są groźni, a za rok kto wie? Może to Audi będzie musiało szukać sposobów na wygranie z Toyotą, jak niegdyś z Peugeotem?

Jedno jest pewne. Moja uwaga za rok znów będzie skupiona na wydarzeniach w Le Mans. Bezwzględnie.

A jak wasze wrażenia po tegorocznej edycji Le Mans 24h? Macie przemyślenia odnośnie kwestii amatorskich kierowców, a może też interesuje was konstrukcja DeltaWing’a?

One thought on “Historia… nieco bez historii, czyli słowo o Le Mans 24h 2012

  • Czerwiec 19, 2012 at 6:38 am
    Permalink

    Nie wiem nic na temat Le Mans. Jednak tym wpisem zasiałeś u mnie ziarno ciekawości 🙂 Może w przyszłym roku poświęcę się i obejrzę. Wygląda to naprawdę super.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *